.

Zimowy Szwung 2025

Kórnik, 6-7.09.2025 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Przez wiele lat (2008-2017) grudzień kojarzył się ze startem w maratonie na orientację - Nocna Masakra. Przejście na elektroniczne zaliczanie punktów kontrolnych skutecznie zniechęciło mnie do dalszego udziału w tej imprezie. Przez kilka lat koniec roku był wolny od startów, chociaż nigdy od jazdy rowerem.

Ten rok miał być podobny. Do czasu. W oko wpada mi info o grudniowym maratonie Zimowy Szwung i to dało impuls żeby zmienić zdanie i wrócić do rowerowania na terenie Wielkopolski. Wcześniej były przecież cenione przeze mnie za profesjonalną organizację i interesujące trasy: szosowe KMT i terenowe Pyra Trail. Być może dobrą robotę zrobiła niezrozumiała dla mnie ale tym bardziej intrygująca nazwa zawodów ZIMOWY SZWUNG. Nie bez znaczenia ma fakt, że metę mam w Poznaniu (od Kórnika pociągiem to zaledwie 20 minut) i nie muszę dojeżdżać na start aż z Łodzi.

Pewnym mankamentem, dla mnie ultramaratończyka, jest jedynie bardzo krótka trasa (w wersji max 150 km). Nie ma co narzekać, grudzień nie obfituje w inne konkurencyjne zawody. Pocieszeniem jest fakt, że to maraton nocny i całość trasy będzie pokonywana w ciemności, w nie dających się przewidzieć w momencie zapisu na imprezę "zimowych" warunkach.

Startując w grudniowej Nocnej Masakrze i styczniowej Setce po Łodzi, mam świadomość, że w zimowej aurze wszystko jest możliwe. Chociaż na każdą ewentualność jestem przygotowany, to przed startem wygląda, że pogoda tym razem będzie łaskawa Po wczorajszym deszczu nie ma śladu, temperatura nawet w nocy ma dochodzić nawet do 5 stopni. Jak będzie wyglądała nawierzchnia przekonam się dopiero będąc na trasie.

Czas start

Ze względu na ilość chętnych, start odbywa się interwałowo co 5 minut w kilkuosobowych grupach. Na trasę ruszam w 4 kolejnej grupie o godz. 16:15. Opuszczamy teren ośrodka i pojawia się pierwsza mała szykana. Bez pewności, że kolejny nadjeżdżający samochód zatrzyma się przed przejściem dla pieszych, przedostaję się na drugą stronę ruchliwej drogi.

Krótka asfaltowa rozgrzewka i zagłębiam się w lesie. Leśna grupa rabunkowa przy okazji tzw. pozyskiwania drewna, przygotowała odcinek leśnej drogi wzdłuż autostrady na przejazd uczestników Zimowego Szwungu. Rozjeżdżonego przez ciężki sprzęt błota jest dużo ale tragedii nie ma. Pod miękką plastyczną warstwą kryje się twardsze stabilne podłoże. Może jazda nie jest przyjemnością ale chyba każdy pokonuje ten krótki odcinek nie zsiadając z roweru.

Początek jazdy rozpoczyna się od irytujących wpadek. Kilkukrotnie już po fakcie zauważam, że wybrałem lub skręciłem w nieodpowiednią drogę lub ścieżkę. To nie jest jeszcze wielkie ściganie ale ponownie muszę gonić rowerzystów, których mijałem chwilę wcześniej, Uczę się szybko, więc po kilkunastu kilometrach takich wpadek już nie będzie, a może przestaję na nie zwracać uwagę.

Po kolejnych znanych z dojazdów pociągiem nazwach: Krzesiny, Starołęka, Dębina poznaję, że wjechałem na teren wielkiego miasta Poznań. Przejazd opłotkami dużego, a czasem i mniejszego miasta, nie jest najszczęśliwszym fragmentem każdej rowerowej imprezy. Jak to się mówi: cel (czyli przedostanie się na ciekawszą wschodnią stronę Warty) uświęca środki. Na tak krótkiej trasie wybór dwóch sąsiadujących mostów może być tylko jeden. Tym drugim mostem wrócimy na właściwą stronę rzeki.

Mijam nadwarciańskie tereny zielone i wjeżdżam na ścieżkę rowerową wzdłuż jednej z głównych arterii miasta. W pewnej chwili dalszą jazdę blokuje barierka, info o robotach drogowych i znak zakazu wjazdu. Ten znany mi fragment chodniko-ścieżki zbudowany z pamiętających odległe czasy nierównych, połamanych płyt chodnikowych od dawna domagał się remontu.

Dwukrotny przejazd na drugą stronę ruchliwej dwupasmowej arterii nie wydaje się dobrą opcją. Mijam barierkę. Slady na piachu wskazują, że nasi już tędy jechali. Nawet nie jest najgorzej. Kopny piach nie utrudnia jazdy. Œwiatła jadących z przeciwnej strony samochód mocno oślepiają. Wpatruję się w ekran Garmina gdy nieoczekiwanie tuż przede mną pojawia się kolejna barierka obwieszczająca, że opuszczam teren budowy. Na jakąkolwiek reakcję jest już za późno. Przerażony z impetem taranuję przeszkodę myśląc już tylko o skutkach uderzenia i upadku.

Podnoszę się, otrzepuję dżinsy. Czas na liczenie strat. Szok. Wychodzę podobnie jak mój ubiór ze zdarzenia bez najmniejszego zadrapania czy rozdarcia. Po szybkim sprawdzeniu roweru, tu również nie stwierdzam żadnych uszkodzeń. Przez chwilę szukam w trawie zgubionej nawigacji ale po chwili zauważam, że ta tylko się przekręciła nie tracąc kontaktu z kierownicą. Lekka aluminiowa barierka nie była zbyt solidną przeszkodą. Podczas dalszej jazdy szczególną uwagę będę zwracał na dużo bardziej niebezpieczne i trwalsze metalowe czy drewniane szlabany oraz powalone w poprzek leśnych dróg drzewa.

Ustawiam leżącą barierkę w wyjściowej pionowej pozycji i ruszam na dalszą trasę. Przede mną dwa skrzyżowania z długo palącymi się czerwonymi światłami, przejazd wiaduktem nad autostradą. Z uczuciem ulgi opuszczam nieprzyjazny rowerzystom teren. Boczne, opustoszałe uliczki. Œcieżka poprowadzona tuż nad brzegiem Warty. W dzień byłby to przyjemny widokowo odcinek. Niebezpieczeństwa upadku do rzeki nie ma ale i tak staram się skupić na tym co mam pod kołami roweru.

Łęczyca. Dłuższą chwilę czekam przed przejściem dla pieszych na zielone światło. Przejazd przez ruchliwą drogę wojewódzką to ostatnia taka szykana na trasie maratonu. Teraz na dłuższy czas opuszczę cywilizację. Zagłębię się w wielkopolskich lasach. Będę pokonywał boczne polne drogi i nieuczęszczane asfalty.

Niby nie ma większych widocznych przeszkód ale jedzie się dość ciężko. Czyżbym opadł już z sił. Na początek asfaltowy podjazd uliczkami Łęczycy. Dalej nasączona wodą gruntowa droga wzdłuż lasu. Polna droga. Mijam dużą grupę jadących razem rowerzystów, którzy zatrzymali się na poboczu. Wjeżdżam na leśną drogę. Dopiero pisząc tą relację zauważam, że jadąc przez las minąłem pierwszy najwyższy punkt na trasie (ok.240 m n.p.m.). Od kiedy opuściłem cywilizację wzniosłem się o śmieszne 150 m w górę. Niewiele w porównaniu ze znaczną odległością jaką w tym czasie pokonałem, jednak w połączeniu ze stanem podłoża, uzasadnione jest poczucie "utraty sił".

Znana z wcześniejszego maratonu albo turystycznej przejażdżki wokół Poznania - Szreniawa. Pierwsza Żabka, którą zauważam na trasie. Widok zapakowanego wyścigowo (bikepacking) roweru napełnia mnie optymizmem. Na taki widok czekałem od startu. Dla mnie jeżdżącego już stosunkowo wolno, to jedyna szansa, by wyprzedzić nieco szybszych zawodników. Widok każdej kolejnej otwartej do późnych godzin nocnych Żabki będzie dla nich kolejną okazją do odpoczynku. Jeszcze większą pokusą będzie leżący gdzieś obok trasy Orlen. Przecież żaden z szanujących się bikerów nie przejedzie obok takiego widoku obojętnie, bez zatrzymania się.

Trasa

Dla mnie dystans 130 km jest zbyt krótki na jakiekolwiek zbędne, niewymuszone (np. przez czerwone światła, zamknięte przejazdy kolejowe czy konieczność wymiany baterii) postoje. W czasie letnich maratonów, pierwszy postój przypada zwykle po pokonaniu ok. 200 km czyli dystans na który wystarczają 3 litrowe bidony z płynami.

Wkrótce po opuszczeniu Szreniawy zatrzymuję się, żeby wymienić baterię. Ruszam za wyprzedzającym mnie zawodnikiem. Nie muszę się śpieszyć, Czerwone, migające światło jest widoczne nawet ze znacznej odległości. Może mógłbym jechać nieco szybciej ale każda jazda "za przewodnikiem", to szczególnie nocą jest czystą przyjemnością. Mogę odpocząć od nieustannego sprawdzenia śladu i spoglądania na ekran Garmina. Podczas przejazdu przez Dopiewo mój przewodnik zatrzymuje się zmęczony, a może w poszukiwaniu otwartego sklepu.

Kolejne kilkanaście kilometrów mocno kluczącej w lesie drogi, będę pokonywał samotnie. Wszędzie widać skutki niedawnej wichury, a może to skutek ciężkiego oblepiającego gałęzie mokrego śniegu. W poprzek leśnych dróg leżą pojedyncze nie usunięte jeszcze powalone drzewa. Nieustannie mijam widoczne na skraju lasu i na samej leśnej drodze większe i mniejsze połamane gałęzie i czubki sosen. Zielone igliwie rozświetla ponurą o tej porze roku trasę i wprowadza bardziej świąteczny nastrój.

Gdzieś z tyłu błyska intensywne światło czołówek. Zaskakuje widok nadjeżdżających szybko zawodników. Myślałem, że wszyscy ściganci są już daleko z przodu. Wygląda na to, że się myliłem. Być może wyjaśnienie jest dużo bardziej trywialne i właśnie mijają mnie koneserzy serwowanych na Orlenie lub Żabce specjałów. Zjeżdżamy na ścieżkę prowadzącą wzdłuż jeziora Lusowskiego. Widok czerwonych mrugających lampek sprawia uczucie ulgi. Zamiast kontrolować trasę, całą uwagę mogę poświęcić na uważną jazdę krętą pełną korzeni, kolein i innych nierówności ścieżką wzdłuż jeziora. Kiedy opuszczamy leśną ścieżkę nawet nie próbuję utrzymać się za szybciej jadącymi zawodnikami.

Nie wiem ile kilometrów dotychczas pokonałem ale teraz dystans dzielący mnie od mety pokonam tak jak najlepiej lubię czyli samotnie. Nikogo nie muszę gonić, przed nikim nie będę uciekał czy próbował utrzymać "koło" jadącego przede mną zawodnika. Już nikt mnie nie wyprzedza. Pewności nie ma czy nie mijam kogokolwiek ukrytego w ciemnym lesie, czy położonym obok trasy sklepie.

Mijam znaną z nazwy z wycieczek wokół Poznania miejscowość Ceradz Kościelny. Moja znajomość okolic miasta jest w zasadzie symboliczna, ograniczona do wgranego do nawigacji śladu. Teraz nawet nie jestem sobie w stanie uzmysłowić gdzie jestem. Po kilku kilometrach ponownie zagłębiam się w lesie. Już z daleka widok potężnych leśnych maszyn nie nastraja optymistycznie. Na leśnej drodze pojawia się gruba, mięsista warstwa zajeżdżonego błota. Staram się wybierać mniej błotniste fragmenty drogi. Czasami, nie zawsze skutecznie, próbuję utrzymać równowagę w wąskich koleinach pozostawionych przez koła przejeżdżającego wcześniej pojazdu. Nie zamierzam się kopać z koniem. Kiedy jazda jest niemal niemożliwa przez kilka- czy kilkanaście metrów prowadzę rower zwracając tylko uwagę, by butami nie zapadać się w miękkiej mazi. Krótki błotnisty odcinek szybko się kończy i już nigdy dalej nie będę musiał zsiadać z roweru.

Wjeżdżam na zmodyfikowaną na kilka dni przed startem cześć trasy. Nigdy nie dowiem się co zyskałem ani co straciłem i jaki armagedon czekałby mnie na pierwotnej trasie. Może byłoby tylko jedynie trochę ciekawiej.

Ciekawą nie nazwałbym, prowadzącą wzdłuż drogi krajowej, ścieżkę rowerową. Nie za bardzo pasuje do gravelowego charakteru zawodów. Przez znaczny czas jazdy przez chmury prześwitywał księżyc sprawiający, że było nieco jaśniej i mniej ponuro. Teraz pojawiła się bardzo gęsta mgła. Mgła, która szczególnie utrudnia jazdę właśnie rowerową ścieżką. Mgła która rozprasza nawet najbardziej intensywne światło czołówki. Widoczność spada do 5 (może 7) metrów. Nie ma wyjścia. Nie chcąc znaleźć się np. w biegnącym obok ścieżki rowie lub zatrzymać na pojawiającej się niespodziewanie barierce, trzeba wyraźnie zwolnić. Uff! Kiedy opuszczam ścieżkę czuję wyraźną ulgę. Jazda po asfaltowej czy leśnej drodze nie jest już tak nieprzewidywalna i niebezpieczna.

Wiadukt nad trasą szybkiego ruchu lub autostradą. Przejazd uliczkami opuszczonego przez ludzi miasteczka. Zamknięte już (czynne do godz. 23) sklepy z logiem zielonego płaza. Bezkolizyjny przejazd przez skrzyżowanie z drogą wojewódzką. Nawet na niej nie widać żadnego pojazdu. Zaskakuje zamknięty przejazd kolejowy i zatrzymujący się na peronie pociąg. Z tabliczki odczytuję, że stacja, a więc i mijane miasteczko to STĘSZEW.

Przedłużający się postój wykorzystuję na spokojne (po raz pierwszy na trasie) zjedzenie drożdżowej bułki. Z zaciekawieniem z rozpiski na kierownicy odczytuję, że jestem na 109 km trasy. Do tej pory zupełnie nie interesowałem się pokonanym dystansem, gdyż nie było mi to do szczęścia potrzebne. Do pokonania pozostało więc zaledwie 40 km, więc na mecie pojawię się za około 2 godziny. Taka była przynajmniej wersja optymistyczna - rzeczywisty przejazd końcówki trwał prawie o godzinę dłużej.

Profil wysokościowy

Z profilu wysokościowego trasy pamiętam charakterystyczny podwójny pik. Czyżbym pokonał go nie zauważając. Pierwszy leśny podjazd wchodzi prawie bezboleśnie. Dopiero dość długi asfaltowy zjazd uświadamia mi, że połowę przeszkody mam już za sobą. Bardziej daje się we znaki drugi, teoretycznie łatwiejszy bo asfaltowy ale monotonny podjazd pod wzniesienie o nazwie Osowa Góra. Nie znam terenu, więc równie dobrze to może być część tego samego grzbietu.

Wbrew pozorom to nie podjazd jest największym wyzwaniem. Przede mną bardzo stromy zjazd. Przy panującej wilgotności hamulce działają na 50 może 30%. Wspomagam się wyciągniętą nogą. Jest to całkiem rozsądne bo w połowie zjazdu pojawia się niedostatecznie widoczny przy panującej mgle zakręt. Pokonuję go nie będąc pewnym czy nie zjadę w rosnący obok drogi las.

Przede mną przejazd przez kolejne "wyludnione" miasteczko. Co się stało z jego mieszkańcami? Puste uliczki to jak wizja z jakiegoś postapokaliptycznego filmu. Ponure wrażenie szybko mija. Wyjeżdżam nad Wartę i skręcam na doskonale znany nowy most przez tą rzekę. Doskonale pamiętam jego budowę obserwowaną podczas przeprawy poprzednią starą konstrukcją.

Z tego co pamiętam, z tego miejsca do mety zawodów pozostało niewiele ponad 20 km. Przerzedzająca się mgła oraz niemal bezchmurne niebo sprawia, że przy panującej wilgotności robi się przenikliwie zimno. Dwie koszulki termoaktywne, ciepła koszulka kolarska i cienka wiatrówka do tej pory sprawdzały się, a nawet na trudniejszych odcinkach i niektórych podjazdach zaczynało się robić gorąco.

Przede mną dylemat: zatrzymać się, wyciągnąć z sakwy i założyć kolejną koszulkę czy mimo chłodu jechać dalej. Pytanie jest raczej retoryczne, do mety jest zbyt blisko, więc szkoda się zatrzymywać - jadę dalej. Przykład idzie z góry. Dosłownie z gór, na które w zimie wdrapują się wariaci w samej bieliźnie. Zaciskam zęby ignorując poczucie chłodu. Mam wrażenie, że wprowadzam się w jakiś stan hibernacji. CIepło jakie wydziela organizm podczas jazdy powinno zapobiec wychłodzeniu organizmu.

Jest już naprawdę blisko, coraz bliżej. Jakieś lasy. Długa luksusowa promenada nad Jeziorem Kórnickim. Kolejne opustoszałe miasto. Zjazd na metę w Dziećmierowie. Na pokonanie 152 km (gdzie ja dołożyłem te dodatkowe 2 km) potrzebowałem nieco ponad 9 godzin [9 godz. 13 min.] przy "przymusowych" postojach ograniczonych do 20 minut. To wystarczyło na zajęcia zadowalającego 19 miejsca wśród 44 uczestników. Wynik na miarę moich obecnych możliwości, czyli w pierwszej połowie startujących.

To już koniec - meta

Na mojej szyi zawisa kolejny elegancki medal. W końcu to jeden z powodów dla których tu przyjechałem. Z przyjemnością biorę się za czekajacą na mecie porządną porcję smacznego makaronu z mięsem. Próbuję chociaż trochę oczyścić mój rower z grubych pokładów błota (ręczna myjka nie ułatwia tego zadania). Czas na integrację z innymi uczestnikami nocnych zmagań. Można powiedzieć, że trochę za bardzo się spieszyłem. Od czasu przybycia na metę do odjazdu pociągu dzielą mnie ponad 4 godziny.


Podziękowania dla organizatorów za świetną zabawę i wzorcową (jak zwykle) organizację. Polecam wszystkim. Być może zobaczymy się już za rok.



Statystyki:


Krzysztof Wiktorowski (wiki)
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót