
.
Kiedy kończyłem zimową trasę ubiegłorocznej zimowej edycji Watahy wiedziałem, że to nie jest impreza dla mnie. Ciężkie śnieżne podjazdy, oblodzone koleiny leśnych dróg i szalone niebezpieczne zjazdy nie zachęcają do ponownego startu. Pamięć jest zawodna, szaleństwo nie zna granic. Nie potrafię określić motywów które sprawiły, że na tegoroczną edycję zimowej Watahy zapisuję się w ciemno już w pierwszym terminie.
Przedstartowe prognozy nie są optymistyczne. Może być znacznie gorzej niż rok temu. Obfite opady śniegu w tygodniach poprzedzających start. To pierwsza prawdziwa zima od wielu lat na terenie całego kraju. Zarówno przed wyjazdem z Łodzi jak i już na miejscu dostaję alerty RCB (dziś i w nocy 24/25 możliwy marznący deszcz i gołoledź). Powszechnie wiadomo, że ostrzeżenia wydawane trochę na wyrost w 90% są nieaktualne jednak nIe wygląda to zachęcająco. No cóż, wszyscy będą mieli takie same warunki. W pamięci mam jedną z edycji Nocnej Masakry. Wtedy na zmrożoną powierzchnię spadł deszcz. Klasyczna gołoledź na głównych jak i tych leśnych drogach. W tak ekstremalnych warunkach radziłem sobie całkiem przyzwoicie chociaż kilka osób skończyło ze złamaniami. Czy takie doświadczenie wystarczy na nieco bardziej pofałdowanym terenie i szybkich zjazdach? Zbędne obawy. Rano okazuje się że alarmistyczne alerty i tym razem są nieaktualne.
Leniwa pobudka. Start dopiero o godz. 8:30. Wliczone w cenę noclegu śniadanie (szwedzki stół). Powolne szykowanie się do startu. Całkiem duża grupa zawodników zdecydowała się na długą 200 km trasę. Chyba z połowa z nich wymięknie na znajdującym się na półmetku punkcie żywnościowym wybierając o 70 km krótszą wersję maratonu.
Uruchamiam w ostatniej chwili lokalizator GPS i ruszam na trasę za kilkudziesięcioma osobami, które zrobiło to wcześniej. Ostrożna jazda po twardym, zdeptanym przez miejscowych śniegu, ścieżką wzdłuż jeziora Rejowskiego. Niektórzy już tutaj zapoznają się z twardością podłoża. Drogą wzdłuż torów, bocznymi uliczkami Suchedniowa. Trasa skręca początkowo na zachód, a później na północ.

Chwila jazdy pokrytą śniegiem asfaltową drogą i zanurzam się w leżących na wschód od Suchedniowa lasach Puszczy Świętokrzyskiej. Niby trasa jest oczywista ale na długości kilkuset metrów pokrywa się z drogą powrotną. Zgodnie z tym co zapamiętałem najpierw wybieram lewą, a później prawą odnogę śladu. Kiedy będę wracał wybór trasy nie będzie już tak oczywisty. Jeden bikerów w drodze powrotnej pomylił się w tym miejscu i zaczął zjeżdżać prosto do Suchedniowa. Bolesna pomyłka dodatkowe kilometry dystansu i metry przewyższenia.
Zaskakują dobrze odśnieżone i nie pokryte lodem długie leśne przecinki (rok temu było tu znacznie gorzej). Nawet na zjazdach nie ma żadnej obawy o utratę przyczepności i upadek. Organizatorzy "dobrze przygotowali" trasę zmagań, Znana z poprzedniej edycji długa, ciągnąca się po horyzont, obrośnięta świerkami droga, cieszy oczy. Tylko duch rywalizacji i widok jadących z przodu i z tylu zawodników sprawia, że nie zatrzymuję się by zrobić pamiątkowe zdjęcie. Jazda zaśnieżonymi leśnymi duktami sprawia, że robi się gorąco i wkrótce jadę już z rozpiętą kurtką.
Wkrótce opuszczam zwarte tereny leśne. Droga krajowa, tory kolejowe, miejscowość Gilów wg rozpiski na kierownicy oznacza, że pokonałem pierwsze 20 km trasy. Teraz tereny leśne i szutrowe lub polne drogi będą się przeplatały z asfaltami, z wyraźną przewagą tych ostatnich. Słowo asfaltowa droga ma tu umowne znaczenie. Drogi krajowe i te częściej uczęszczane mają czarną nawierzchnię. Te "mniej główne" ale uczęszczane mają wyjeżdżone 3 wąskie pasy odsłoniętego asfaltu. Boczne mogę mieć tych pasków dwa, a często w poprzek pojawiają śnieżne muldy ubitego śniegu. Na lokalnych drogach normą jest warstwa ubitego, czasami wyślizganego przez samochody śniegu.
Jadąc asfaltową drogą odczytuję zmianę. Mijane obok drogi tablice wskazują że opuszczam woj. świętokrzyskie, wjeżdżam na teren woj. mazowieckie. Przede mną dużo, bardzo dużo asfaltowych dróg. Wkrótce czuję nawet lekki przesyt tą monotonią. Wiadomo, że trudno zadowolić wszelkie wymagania. Po kilku kilometrach ciemnej nawierzchni marzę o pokrytych śniegiem leśnych dróżkach, Kiedy zmagam się ze śniegiem marzę o asfaltach.
Jadąc wypatruję kolejnego charakterystycznego miejsca, które zapamiętałem z poprzedniej edycji. Kiedy będzie Ruski Brud i 60 km trasy? W ubiegłym roku o ile dobrze pamiętam wyjeżdżaliśmy tu z lasów po pokonaniu kolejnego terenowego odcinka specjalnego. Teraz dojeżdżam tu długim objazdem, 20 km odcinkiem asfaltowych dróg. Organizator przygotowując trasę oszczędził przejazdu przez najgorsze do pokonania leśne ostępy (być może oblodzone lub nieprzetarte drogi).
Gdzieś w połowie asfaltowego objazdu mijam 50 kilometrów czyli ćwiartkę dzisiejszej trasy:
Kochanów
dystans: 50 km, czas trasy 2:42/2:49, postoje: 0:02, średnia: 18,8 km/godz.

Po kolejnych kilku kilometrach asfaltowe eldorado kończy się. Skręcam w zapamiętane z poprzedniej edycji dukty lasów przysuskich. Kolejna odśnieżona leśna droga. Twardy śnieg ułatwia pokonywanie długiego podjazdu. Rok temu nie było tu tak łatwo. Otaczają mnie bajkowe, biało oszronione drzewa. Gdzieś z przodu trójka bikerów. Kibice? Jeden to uczestnik zawodów. Twarze dwojga pozostałych robiących zdjęcia i kręcących przy pomocy telefonu filmów wydają się znajome. Dopiero charakaraktrystyczny głos i słowa "powodzonka" utwierdzają mnie w poprawnej identyfikacji.
Dopingować uczestników Watahy przyjechali: Aga - zawsze uśmiechnięta, gwiazda w mocno zmaskulinizowanym środowisku łódzkich bikerów, triumfatorka jednej z tras letniej Watahy. Michał to mocny zawodnik, organizator zawodów i animator bikerów z Rowerowej Rawy. Dziwnym wydaje się, że pojawili się w miejscu tak odległym ale to przecież najdalej na północ wysunięty fragment trasy, więc najbliżej od Łodzi czy Rawy Mazowieckiej. W głowie mam tak silnie zafiksowaną potrzebę jazdy bez zatrzymywania, że mijam tą dwójkę bez chociażby krótkiego postoju i chwili rozmowy. Za sobą pozostawiam trzecią część trasy.
Po kolejnych kilometrach opuszczam przysuskie pagórki i związane z nimi ciężkie podjazdy i szybkie niebezpieczne zjazdy. Znikają odśnieżone dukty. Zamiast tego pozostają jedynie odciśnięte w śniegu głębokie, często wyślizgane koleiny ciężkiego leśnego sprzętu. W wielu miejscach trudno utrzymać się na kołach. Niewielka prędkość sprawia, że utrata równowagi kończy się na kontrolowanym podparciu wysuniętą nogą lub upadku w miękki zalegający środek drogi i pobocze śnieg.
Mijam dwóch gości prowadzących rowery. Trochę dziwne ale będąc jak w transie mijam ich, rzucam cześć i jadę nie zatrzymując się. Zachowuję się zupełnie tak jakbym walczył o przysłowiowe "złote kalesony", a nie miejsce gdzieś w połowie stawki i każda minuta była na wagę tego złota. Przecież i tak nie ma to znaczenia. W swojej kategorii "starych dziadów" jestem bezkonkurencyjny - bo jedyny.

Opuszczam las, Nierówno pokryta śniegiem droga przez wieś. Z przeciwnej strony nadjeżdża jakiś dostawczak. Jest na tyle szeroko, że minęlibyśmy się bez problemu. Ale nie, ja chcę być uprzejmy i zjechać na ośnieżony skraj drogi. Żeby bezpiecznie pokonać śnieżną krawędź lekko hamuję. Hamowanie na warstwie czarnego lodu pokrywającego drogę nie jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem i może skończyć się tylko w jeden sposób. Leżę na twardym podłożu.
Chwila oddechu i powrót do lasu. Kolejne koleiny leśnych dróg. Jazda w takich warunkach nie jest najszybsza i najprzyjemniejsza. Mimo wszystko czuję pozytywną energię. Świadomość, że zbliżam się do półmetka zmagań i punktu żywnościowego dodaje sił. Od dłuższego czasu już nie jem (wcześniej jedynie dwa banany i kilka batonów). Zamarznięty ustnik sprawia, że od początku nic nie piłem. Teraz kiedy z każdym kilometrem zbliżam się do wyżerki, nie ma sensu się zatrzymywać, przecież dotychczas pokonałem jedynie 100 km.
Paruchy
dystans: 100 km, czas trasy 5:29/5:25, postoje: 0:04, średnia: 18,4 km/godz.

Sytuacja na trasie przed punktem żywnościowych zagęszcza się. Od dłuższego czasu nie jadę sam. Widzę zawodników jadących z przodu i podążających z tyłu. Z doświadczenia wiem, że większość z nich wybierze, bo taka jest na półmetku możliwość, średnią trasę 140 km.
Wreszcie są oznaki cywilizacji, zabudowania, asfaltowa droga. Długo wyczekiwana tabliczka Niekłań Wielki. Zjeżdżam do knajpy "Stara Piekarnia".
Niekłań Wielki
dystans: 109,4 km, czas trasy 6:03/5:59, postoje: 0:04, średnia: 18,3 km/godz.

Przed obstawionym rowerami budynkiem znajduję wolne miejsce. Chociaż w środku też jest tłoczno, to ze znalezieniem wolnego miejsca nie ma problemu. Danie dnia to gęsta pożywna zupa. wg komunikatu "zalewajka świętokrzyska" w wersji normalnej lub wegańskiej. Dodatkowo posiłek uzupełniam kotletem z kurczaka i kilkoma batonami, które zabrałem ze sobą na trasę. Przy panujacych zimowych warunkach być może nie będę miał okazji i chęci do zatrzymania się i uzupełnienia kalorii podczas powrotu na metę. W międzyczasie staram się uzupełnić płyny wypijając kolejne kubki herbaty.
Ze zdziwieniem stwierdzam, że w bidonie znajduje się jednolita bryła lodu. Wydawało mi się, że temperatura podczas dzisiejszego dnia ma oscylować w granicach kilku stopni poniżej zera. Jadąc bez zatrzymywania zupełnie nie czuję panującego chłodu. Wg rożnych zasłyszanych rozmów wynika, że mogło być minus 5-7, a może rano nawet minus 10 stopni. Wlewając do bidonu gorącą wodę powoli pozbywam się zbędnego balastu. Do bidonu wlewam niewielką ilość wody chociaż wiem, że raczej z niej nie skorzystam. Bidon wkładam do sakwy licząc że w ten sposób będzie chroniony przed mrozem. Chociaż staram się ogarnąć tak szybko jak tylko się da, to postój w Niekłaniu przeciąga się do 40 minut (godz. 14:33-15:13).
Nad wyborem trasy (średnia/długa) nie muszę się zastanawiać. Zapisałem się na 200 km i ten plan będę konsekwentnie realizował. Do mety pozostało zaledwie 90 km. Wkrótce po opuszczeniu PŻ, trasy średnia i długa rozdzielają się. Większość wybiera wersję skróconą. To oznacza, że będę jechał tak jak lubię, bez zbędnej rywalizacji.
Charakterystyka trasy podobna jak do tej pory. Odcinki asfaltowe przerywane dłuższymi lub raczej krótszymi leśnymi odcinkami specjalnymi. Teoretycznie na całej trasie ilość asfaltowych dróg (162km) prawie dwukrotnie przewyższa ilość leśnych dróg (70 km). W praktyce często jadę nie domyślając się jakie podłoże kryje pod sobą ubita warstwa śniegu.
Mijając Stąporków przypominam sobie, że w tym miejscu zjechałem do Biedronki, a właściwie znajdującego się przed marketem bankomatu. Gdzieś po drodze mija mnie jedyna w drodze do bazy dziewczyna. Zamieniamy kilka słów i każdy jedzie dalej swoim tempem. Podjazdy należą do mnie więc nieustannie będę zbliżał się do migającego czerwonego światełka zawodniczki jadącej z przodu. Na zjazdach nie mam szans wciskając asekuracyjnie hamulce nawet na szybkich asfaltowych drogach. Wąskie ciemne pasmo asfaltu otoczone ubitym śniegiem skutecznie zniechęca mnie do szaleństw. W Miniowie mija 150 km trasy.
Mniów
dystans: 150 km, czas trasy 9:07/8:20, postoje: 0:47, średnia: 18,0 km/godz.

Kolejny odcinek specjalny i dwa kolejne podjazdy. Zachwianie na zakręcie leśnej drogi, sprawia że zatrzymuję się. Próby dalszego pokonywania podjazdu rowerem kończą się niepowodzeniem. Zbyt mało agresywny bieżnik sprawia, że opony ślizgają się przy próbie jazdy, Skalną Górę zdobywam pchając rower. Przede mną to samo robi wyprzedzająca mnie bikerka.
Dłuższa chwila odpoczynku. Cywilizowane tereny i twarde drogi w okolicy Zagnańska. Z nadzieją czekam na wioskę Występa i znajdujący się tu najwyższy punkt na trasie zimowej Watahy. W tym miejscu jak pamiętam znajduję się najbardziej stromy chociaż asfaltowy podjazd. Nie mam złudzeń. Przez kilkaset metrów będę szedł pieszo ciągnąc za sobą rower. Dalej będzie tylko lekko, łatwo i .... przyjemnie.
Ze zdziwieniem po raz kolejny (i ostatni) widzę czerwone migające światło poprzedzającej mnie zawodniczki. Na dzielących nas od mety 25 km, Dorota (którą identyfikuję z listy wyników) wyprzedzi mnie o ponad pół godziny.
Rozpoczynają się długie wychładzajace zjazdy, które cieszyłyby mnie gdybym pokonywał je w letni dzień. Dzisiaj nawet asfaltowe zjazdy jak już wcześniej wspominałem nie są moją najmocniejszą stroną. Niemal przez cały czas jadę zaciskając ręce mocniej lub słabiej na hamulcach. Robi się przeraźliwie zimno.
Zjazd w suchedniowskie lasy niewiele poprawia termikę. Na płaskich leśnych duktach trudno się dostatecznie rozgrzać. Przebieranie na kilkanaście kilometrów przed metą nie wydaje się celowe. Chwila zastanowienia na rozdrożu rozwidlającego się śladu i po chwili zmierzam już prosto w kierunku znajdującej się w Skarżysku-Kamiennej mety.
Zdradliwa biało ośnieżona leśna droga kryje przykre niespodzianki. Kilka poślizgów i kolejny kończy się bolesnym upadkiem. Przeszywający ból sprawia, że przez chwilę leżę na śniegu. Wreszcie wsiadam na rower. Toczę się w dół przezornie asekurując wyciągniętą i ślizgającą się po śniegu nogą. Na ekranie Garmina widzę że za kilkaset metrów, zieleń stopniowo przechodzi w biel, co oznacza najdalej na wschód wysunięte zabudowania SK, a więc i równy asfalt. Asfalt jest początkowo nieregularnie pokryty śniegiem. Wreszcie pozbawiona śniegu ulica. Jeszcze tylko kilka kilometrów dzieli mnie od mety.
Stłuczone biodro nie przeszkadza podczas jazdy, jednak mocno boli uniemożliwiając normalne chodzenie. Metę mam już na wyciągnięcie ręki. Ciągnąc za sobą rower z wysiłkiem krok po kroku pokonuję kilkanaście płaskich stopni dzielące mnie od "dziedzińca" ośrodka Rejów. Kuśtykam kolejne kilkanaście metrów by zameldować się na mecie.
Skarżysko-Kamienna - META
dystans: 202,2 km, czas trasy/jazdy 13:30/12:25, postoje: 1:05, średnia: 16,4 km/godz., miejsce 19/28
(ostatnie 52 km, czas trasy/jazdy 4:22/4:04, średnia: 12,7 km/godz.)

Kilka chwil dla fotorepoterów i mogę udać się do środka budynku. Czuję się jak dziecko specjalnej troski. Ktoś zabiera rower i odstawia pod ścianę. Organizatorzy przynoszą kolejno jedną, drugą, trzecią herbatę. Mateusz przynosi posiłek: gulasz z dziczyzny z kaszą. Trzęsącą się ręką pochłaniam posiłek. Czwarty kubek herbaty sprawia, że zaawansowane objawy choroby Parkinsona w cudowny sposób cofają się, a organizm odzyskuje utracone na ostatnim odcinku tasy ciepło.
Powoli dochodzę do siebie. Co z kontuzją po upadku na twarde podłoże? Silny ból w biodrze przy poruszaniu się, lekki ból przy nietypowych ruchach ręką. Niby kości powinny być całe. Organizator proponuję jazdę na SOR. Przez dłuższy czas waham się. Ból biodra przekonuje mnie.
Zakładam czyste spodnie, zmieniam mokre skarpetki i jedziemy. Późne godziny wieczorne sprawiają że tłoku na SOR-ze nie ma. Wywiad, wstępne badanie, prześwietlenie barku i biodra, chirurg, czekanie na nagranie płyty z obrazem prześwietlonych kości. Doświadczenia z SORem nie mam. Wydaje się, że wszystko dzieje się bardzo wolno ale podobno 3 godziny, to całkiem dobry wynik. Diagnoza częściowo pomyślna: biodro tylko mocno stłuczone ale nie złamane. Z barkiem też chyba nie ma większej tragedii "złamanie wyrostka barkowego bez większych przemieszczeń". Na medycynie się nie znam ale to uraz nie wymagający bardzo długiej abstynencji od roweru. Przynajmniej taką mam nadzieję.

Zimowa Wataha 2026, to licząc pierwszą łódzką edycję, czwarty start w imprezach organizowanych przez Mateusza. Na biurku dumnie prężą pierś 2 wilczki przywiezione z zimowych imprez. Czy 2 wilczki to wataha? Zdecydowanie nie. Z internetu wyszperałem info, że w warunkach polskich wataha to 4-5 osobników, stado rzadko osiągające 10 sztuk. Na pytanie czy pojawię się na kolejnej zimowej watasze by uzupełnić stan posiadania nie potrafię odpowiedzieć. Po prostu nie wiem. Najwygodniejszą i niezobowiązującą odpowiedzią jest NIGDY WIĘCEJ. Przecież każdy zawodnik wie ile są warte te słowa w ustach ultrasa.



