
.

Trudno napisać relację z rowerowej imprezy, kiedy jedyne co wciąż mam przed oczyma to zasypany śniegiem las, zmrożone śnieżne koleiny, wreszcie błoto. Trudno pisać o szczegółach, kiedy głównym celem była walka o utrzymanie roweru w pozycji pionowej i obawa o bezpieczeństwo na pokrytych zamarzającym śniegiem zjazdach. Spróbuję pokrótce sięgnąć do tego co schowane w pokładach pamięci.
Dlaczego na rozpoczęcie sezonu wybrałem właśnie maraton Wataha Ultra Race ? Odpowiedź dla mnie była oczywista. To jedyna styczniowa impreza wychodząca poza zwykłe o tej porze roku 100 km i oferująca dystans 200 km (szkoda, że tylko 200). "Setki" mogę pokonywać (i robię to) kilka razy w tygodniu jeżdżąc w okolicach Łodzi, bez dodatkowych kosztów związanych z noclegiem, dojazdem pociągiem i opłatą startową.
Prognozy na czas trwania "minimaratonu" nie są optymistyczne. Tydzień wcześniej (podobnie jak w Łodzi) przez świętokrzyskie lasy przetoczyły się obfite opady śniegu. Przy panującej odwilży mam poważne obawy co do konieczności przedzierania się przez uniemożliwiającą jazdę warstwę śnieżnej brei lub błota. Wkrótce po starcie okaże się w jak dużym byłem w błędzie.

Rozpoczynamy od szybkiej rozgrzewki wokół Jeziora Rejowskiego nad którym położona jest baza imprezy. Wkrótce mijamy drogę szybkiego ruchu (S7). Wraz z ostatnimi zabudowania miasta kończy się asfaltowa droga. Wjeżdżamy w świętokrzyskie lasy i rozpoczynają się prawdziwe zmagania.
Długa prosta wspinająca się w górę i opadająca w dół szutrówka. Szuter, który pamiętam z edycji jesiennej 2022 roku, teraz ukryty jest pod warstwą ubitego zmarzniętego śniegu. Ten wbrew obawom, po nocnym przemrożeniu, pozostanie takim jeszcze przez kilka najbliższych godzin.
Pamięć ludzka (moja pamięć) jest zawodna. Na przemian zmagam się z długimi podjazdami i równie długimi zjazdami. Przecież obiecałem sobie, żeby omijać takie maratony i wybierać rozgrywane w bardziej płaskim terenie. Z wiekiem moje możliwości pokonywania podjazdów znacznie osłabły. Mam wrażenie, że kolejno mijają mnie wszyscy nawet początkujący i przypadkowi rowerzyści. Przepraszam, takich szczególnie na długiej trasie zimowej Watahy raczej się nie spotka.

Ciągnące się w nieskończoność lasy, jakieś ludzkie osiedla, znowu lasy. Mam wrażenie, że przejechałem już znaczną część dzisiejszej trasy. Wskazania licznika mówią zupełnie coś innego. Spodziewam się już pierwszej 50-tki na liczniku, a jest zaledwie 30 km. Kiedy mam wrażenie, że wszyscy mnie już wyprzedzili, pojawiają się kolejni zawodnicy. To nadjeżdża grupa tych, którzy wybrali trasę średnią (na początkowej setce, trasy się pokrywają) i wystartowali 10 minut później.
Zastanawiam się, gdzie są te zapowiadane w znacznej ilości przez organizatora asfalty, Do tej pory była to znikoma wręcz ilość. Po chwili widzę zabudowania kolejnej miejscowości - Huciska. Oczom nie wierzę. Nie ośnieżona, asfaltowa droga.
Hucisko
dystans: 50 km, czas trasy/jazdy 2:57/2:56, postoje: 0:43, średnia: 17,0 km/godz.
Wreszcie czuję przyjemność z jazdy. Szybkość zdecydowanie wzrasta. Mam wrażenie, że i wiatr jest moim sprzymierzeńcem. Profil wysokościowy wskazuje, że droga na tym asfaltowym odcinku lekko opada w dół. Za Ruskim Brodem pojawia się drogowskaz Przysucha. To oznacza, że zbliżam się do najdalej na północ wysuniętego i najbardziej od bazy oddalonego punktu trasy. rednia prędkość na tym szosowym odcinku trasy przekracza 25 km/godz.
Nic nie trwa wiecznie. Chociaż odcinek wydaje się i jest w rzeczywistości wyjątkowo długi (ponad 10 km), wkrótce na powrót skręcam w zaśnieżone szutrowe dukty. Pnąca się w górę leśna droga. Zamiast spodziewanych trudności fizycznych, cała trasa okazuje się być trudna technicznie. Wąskie zmrożone koleiny. Bardziej rozjeżdżone przez leśników szerokie fragmenty leśnych dróg poprzedzielane są z kolei niskimi zmrożonymi rantami. Do tej pory byłem przekonany, że na trudnym zimowym podłożu radzę sobie dość dobrze. Teraz widzę, że byłem w dużym błędzie. Umiejętności zimowej jazdy w płaskim terenie przy szybkich zjazdach są niewystarczające. Właściwie to brakuje pewności i odwagi.
Przede mną kilkukilometrowa długa, prosta "szutrówka". Droga na przemian wznosi się i opada. Trudności podjazdów nie wynagradzają szybkie zjazdy. Czuję obawę przed tym co może mnie spotkać kiedy rozpędzony napotkam w połowie czy na końcu zjazdu nieoczekiwany rant czy oblodzoną powierzchnię. Mocno ściskam hamulce, by nie nabrać zbyt dużej szybkości. Na trzecim kolejnym zjeździe toczę się w dół asekurując wyciągniętą nogą. Wyprzedzający mnie zawodnicy nie mają takiego problemu i po chwili widzę ich daleko z przodu.
Powoli zbliżają się godziny południowe. nieg mięknie. Na rozjeżdżonej i zniszczonej ciężkim sprzętem drodze pojawia się rozbabrane gęste błoto i rozległe kałuże. Miejscami droga gęsto usiana jest niewielkimi wypełnionymi wodą zagłębieniami. Pojedyncze można ominąć, czasami jednak trzeba przejechać przez ich środek. Zresztą w miarę upływu czasu łatwiej się na to zdecydować. W tych warunkach wybór wodoodpornych skarpet był najlepszym wyborem. Prześwitujące miejscami kruszywo wskazuje, że kiedyś była to równa szutrowa droga.

Wreszcie po długim i ciężkim terenowym przejeździe przez świętokrzyskie, a raczej przysuskie lasy, ponownie pojawia się gładki i suchy asfalt. Wskazania licznika pokazują, że powoli zbliżam się do punktu żywieniowego i półmetka maratonu w Niekłaniu Welkim.
Niekłań Welki
dystans: 100,5 km, czas trasy/jazdy 5:47/5:46, postoje: 1:00, średnia: 17,4 km/godz.
odcinek 50-100,5 (50,5 km), czas trasy/jazdy 2:50/2:50, średnia: 17,9 km/godz.
Punkt żywnościowy na trasie tak krótkiego maratonu? Przed startem wydaje mi się to zbędną fanaberią. Teraz sponiewierany, zjadając porcję zupy i wypijając kolejne kubki gorącej herbaty, w pełni doceniam to rozwiązanie. W czasie jazdy niewiele było odcinków, by nie zatrzymując się doładować utracone kalorie.
Pitstop to najbardziej zdradliwe i niebezpieczne dla zawodników miejsce na trasie Watahy. To tu można jeszcze zmienić zadeklarowaną na starcie trasę. Zdecydować czy jechać pozostałą część długiej pętli czy wybrać "średnią łapę" i po zaledwie 30 km zjechać na metę. Że nie był to tylko teoretyczny dylemat świadczy fakt, że połowa zawodników, którzy na starcie deklarowali start na długiej, w tym punkcie wybrali średnią trasę. Zabrakło kondycji czy siadła psychika?
Nawet przez chwilę nie rozważałem zmiany z długiej na krótką pętlę. Opuszczając pitstop do pokonania mam dystans 100 km i niemal 14 godzin czasu. Gdybym większość tego dystansu pokonywał prowadząc rower i tak do bazy wróciłbym przed upływem 20 godzinnego limitu czasu.
Możliwie szybko zbieram się na ostatni odcinek trasy (posiłek i pobyt w ciepłym pomieszczeniu "kosztuje" mnie 22 minuty). Lubię moment kiedy mijam półmetek trasy. Teraz będzie już tylko "z górki", będę odliczał zmniejszającą się ilość kilometrów dzielących mnie od bazy.
Zaczyna się obiecująco. Dalszy odcinek asfaltowej drogi. Na końcowym 100 km odcinku długiej trasy tych asfaltów będzie nadspodziewanie dużo. Trochę bardziej płaskich leśnych odcinków sprawia, że tu mogę się rozpędzić bez obawy o niebezpieczny upadek. Na całej trasie zaledwie dwukrotnie w bezpieczny sposób sprawdzam grubość i miękkość pokrywy śnieżnej na poboczu drogi.
Na trasie (chyba na wcześniejszym odcinku) pojawia się kilka nieprzetartych przez leśników fragmentów dróg. Okazuje się, że to nie jest problemem. Nie trzeba prowadzić roweru, Takie fragmenty dróg "przetarło" kilkudziesięciu zawodników, którzy byli tu wcześniej.
Jazda asfaltami ma swoje zalety ale i wady. Po południu temperatura szybko obniża się. Szczególnie daje mi się we znaki jeden długi zjazd. Szybko zaczynam się wychładzać. Ubiór, który wystarczał na całej dotychczasowej trasie zaczyna zawodzić. Na nogach mam getry, dodatkowo na kolanach ocieplacze. spodnie jeansowe. Na górze: 2 koszulki termoaktywne, ciepłą koszulkę kolarską, wiatrówkę. W sakwie jeszcze jedną koszulkę termo. Zestaw wystarczający kiedy nie planuje się zbędnych postojów na trasie. W sytuacjach awaryjnych jest jeszcze folia NRC. Zaciskam zęby. Zjazd nie trwa wiecznie. Zatrzymywanie się i tracenie czasu na uzupełnienie ubioru wydaje się zupełnie bez sensu w sytuacji, kiedy za chwilę rozpocznie się podjazd na którym z kolei może być za gorąco.
Ponieważ nie jestem w stanie rozwijać takich szybkości jak moi młodsi koledzy, na trasie wykorzystuję to co potrafię najlepiej, czyli jazdę bez zatrzymywania. Jadąc w ten sposób nikogo nie jestem w stanie wyprzedzić. Wyprzedzany jestem za to wielokrotnie przez innych ciągle tych samych zawodników. Jeden z nich wyskakuje przede mną z jakiejś stacji paliw w jednej z mijanych miejscowości (pewnie po rozgrzewającej kawie).
Mniów
dystans: 150,5 km, czas trasy/jazdy 9:07/8:38, postoje: 29 min., średnia: 17,5 km/godz.
odcinek 100,5-150,5 (50 km), czas trasy/jazdy 2:57/2:51, średnia: 17,5 km/godz.
W pamięci zapada jedyny "nieprzejezdny" fragment trasy. Krótka ale solidna kilkunastoprocentowa ścianka wznosząca się na asfaltowej drodze w miejscowości Występa. Szybko zsiadam i z trudnością pcham rower. Wreszcie nie do końca miła niespodzianka. Z ciemności na poboczu drogi wyłania się 2 ponurych osobników. Za późno żeby wsiąść na rower. Lecą pamiątkowe zdjęcia i pocieszenie, że wszyscy ten odcinek pokonują pieszo. Nie za bardzo wierzę żeby mając z tyłu koronkę z 50 zębami nie można było tu wjechać, ja mam zaledwie połowę z tej ilości zębów.
180 km w nogach wyraźnie odcisnęło swoje piętno na kondycji. Jazda już od dłuższego czasu przestaje sprawiać jakąkolwiek przyjemność. Poruszam się do przodu jedynie dlatego, że mam zadanie do wykonania, bo nie mam innego wyjścia. Jadę bo jeszcze mam do tego siły, Jadę bo nie wypada wycofywać się po pokonaniu większej części trasy.

Jeszcze przed nastaniem zmroku roztopiony śnieg z powrotem zamarza. Koleiny leśnych dróg ponownie stają się niebezpiecznie śliskie. Sytuację pogarszają ciemności. W świetle nawet najlepszej czołówki trudno ocenić stan podłoża, prędkość na leśnych odcinkach drastycznie spada. Czasami bezpieczniej jest przez kilkanaście metrów poprowadzić rower. Szczególnie niebezpieczna i śliska jest końcówka trasy. Ten odcinek pokonało ponad 300 rowerzystów jadących z i do bazy utwardzając i wyślizgując leżący tu śnieg.
Wkrótce pozostaje kilka kilometrów bezpiecznej asfaltowej drogi i zamelduję się na mecie. W czasie jazdy myślę, że satysfakcjonującym wynikiem byłoby miejsce w pierwszej 20-ce zawodników. Kończę na 22 pozycji czyli w pierwszej połowie z 44 biorących udział w zmaganiach na 200 km trasie i nie jestem tym wynikiem rozczarowany.

Skarżysko-Kamienna - META
dystans: 202,5 km, czas trasy/jazdy 12:48/12,09, postoje: 39 min., średnia: 16,7 km/godz.
odcinek 150,5-202,5 (52,0 km), czas trasy/jazdy 3:41/3:51, średnia: 14,6 km/godz.


