.

Powrót nad Wartę

Przygodowy Ultramaraton Rowerowy WARTA 800


Zawiercie-Kostrzyn nad Odrą, 15-20 sierpnia 2025 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Warta, jak dla mnie najładniejsza z dużych polskich rzek. Urozmaicony teren pozwolił poprowadzić wzdłuż niej trasę najciekawszego i najbardziej wymagającego "nizinnego" ultramaratonu. Zauroczony startem na tej imprezie w 2022 r. (Urlop nad Wartą) wracam na trasę, by zmierzyć się z jej trudnościami kolejny, dopiero drugi raz. Podobno organizator znacznie zmienił trasę, eliminując najbardziej piaszczyste, nieprzejezdne odcinki. Warto sprawdzić jak bardzo została zepsuta pierwotna wersja trasy.

Prognozy pogody są umiarkowanie optymistyczne. Tylko pierwszego dnia będziemy jechali w ponad 30 stopniowym upale. Temperatura z każdym kolejnym dniem będzie opadać do akceptowalnej wartości (w czasie pierwszej edycji trend temperaturowy był dokładnie odwrotny). W przeciwieństwie do pierwszej edycji nie należy spodziewać się deszczu. Upalny dzień sprawia, że na start zakładam krótkie spodenki. Rodzi to lawinę pytań od znajomych uczestników zawodów: Wiki, gdzie są dżinsy?


Warta 800 - od zródeł aż do ujścia


Pierwsza doba 15-16 sierpnia 2025 r. (Zawiercie-Glinno)

Godz. 9:10. Wreszcie nadchodzi ten moment kiedy ruszam na trasę. Startujemy z ośrodka, w którym znajduje się baza zawodów. Na początek rozgrzewka i zdobywanie najwyższego wzniesienia na całej trasie. Po pierwszych 5 kilometrach mijam kapliczkę kryjącą źródła Warty, od teraz będę poruszał się wzdłuż tej rzeki aż do jej ujścia w Kostrzynie.

Czujny przejazd przez miasto Zawiercie, później Myszków. Mijam miejsca znane z poprzedniej edycji. Objeżdżam Jezioro Porajskie - duży zbiornik wodny na początkowym etapie trasy. Przejeżdżam opłotkami Częstochowy. Tu zmiany trasy są raczej kosmetyczne. Jadę wąską ścieżką w bezpośredniej odległości od nurtu, szybko przybierającej w wody Warty.

Przyjemność z jazdy przerywa świadomość, że z tylnej dętki powoli uchodzi powietrze. Pierwsze dopompowanie wystarczyło na prawie 30 km. Niby dużo ale na trasie zaczynającego się właśnie ultramaratonu tak dalej jechać się nie da. Z niechęcią zatrzymuję się przed miejscowością Mstów. Niemal wszyscy mijający mnie zawodnicy pytają czy nie potrzebuję pomocy. W miarę szybka wymiana dętki [godz.13:06-13:22 - 82 km] i jadę dalej. Chwilowo sytuacja kryzysowa jest opanowana.

Zgodnie z prognozami, po przyjemnych chłodnym poranku temperatura szybuje w górę i szybko przekraczając 30 stopni. Wbrew obawom 33-35 stopni nie robi dzisiaj na mnie większego wrażenia. Lekki nie nagrzany jeszcze wielodniowymi upałami wiatr zapewnia odpowiednie chłodzenie organizmu. Gorzej jest z zapasami wody. Pierwszy i ostatni sklep na początkowym odcinku minąłem nie zauważając go na ok. 70 km trasy.

Parafrazując sformułowanie właścicieli samochodów, można przyjąć, że dzisiaj piję 3 litry płynów na 100 km trasy. W bardziej sprzyjających warunkach (np. na Galantej Pętli czy BBC) 3 litrowe bidony wystarczały mi na dwukrotnie dłuższym dystansie. W okresie jesienno-zimowym ten przelicznik jest jeszcze lepszy. W rzeczywistości kiedy mijam 100 km trasy w bidonach pozostają jeszcze resztki herbaty. Bardzo ostrożnie racjonuję tę ilość, by na oparach dociągnąć do najbliższego miejsca gdzie uzupełnię bidony. Udaje mi się uniknąć sytuacji, że tak jak niektórzy z uczestników, o wodę będę prosił w mijanych na trasie domach.

Tabliczka umieszczona przez organizatora na granicy woj. śląskiego i łódzkiego [112 km] informuje, że wszystko co dobre na trasie właśnie się skończyło. Asfaltowe drogi zastąpione zostaną w dużej mierze gruntowymi, często piaszczystymi. Wjeżdżam na tereny nieco bardziej poznane podczas realizowanego ostatnio objazdu wszystkich łódzkich wiosek. Czekam na znaną charakterystyczną metalową kładkę w okolicach wsi Bobry. Wkrótce potem przede mną ukaże się rekreacyjny zbiornik wodny w Zakrzówku [138 km]. W znajdującej się na jego skraju budce można posilić się, coś wypić i uzupełnić zapasy wody. Chyba nie jest jeszcze ze mną tak źle. Przed barem kłębi się tłum kajakarzy i ludzi wypoczywających nad wodą. Długi weekend i upalna pogoda sprawiły, że miejsce cieszy się wyjątkowym powodzeniem. Widzę tu również "naszych". Mijam to miejsce bez żalu, nie widzę sensu czekania w długiej kolejce. Powoli zbliżam się do miejsca gdzie powinien być sklep lub pit-stop.

Widok leżącego na poboczu drogi roweru i klęczącego obok zawodnika nakazuje zatrzymać się. Awaria? Odruch serca i przyzwoitości nakazuje zapytać czy potrzebna jest pomoc. Powód dla którego się tu znalazł jest zupełnie inny i zaskakujący. Na poboczu leży pozostawione przez organizatora kilkanaście butelek najcenniejszego dzisiaj płynu. Napełniam jeden z suchych już bidonów, pozostałe uzupełnię w miejscu, gdzie woda będzie dostępna bez ograniczeń. Trzeba myśleć o równie potrzebujących zawodnikach jadących z tyłu. [godz.16:40, 148 km - przed Ważnymi Młynami]

Nadesłana korekta:
"To nie Organizator Warty, a ja i moja siostra Ewa. Wyszło spontanicznie i nieoficjalnie. Niestety nie spotkaliśmy się, bo akurat pędziłem do Żabki dokupić wody. Po podliczeniu pustych butelek wyszło 64,5l wody i 1kg izotonika". [Paweł Ch.]

Wkrótce informacje o prawdopodobnym pit-stopie potwierdzają się. Przy drodze tabliczka z info. Duży parasol, stolik, kilka krzesełek dla pragnących odpocząć i coś zjeść w cywilizowanych warunkach. Panie z koła gospodyń przygotowały dla potrzebujących mały poczęstunek. Na stołach owoce, ciasta, kanapki i najważniejsze przy panujących warunkach, lemoniada lub czysta woda. Uzupełniam bidony aż po korek. Musi wystarczyć do któregoś z otwartych - czasami specjalnie z myślą o uczestnikach zawodów - sklepu lub kolejnego już pewnego na 100% bufetu. Niektórzy zatrzymują się tutaj na dłużej. Ja na szybko wpycham do ust co tylko się da i po 5 minutach ruszam przed siebie [godz.17:04-17:09 - 156 km. Patrzyków].

Po wjeździe w zalesione tereny Załęczańskiego Parku Krajobrazowego warunki "pogodowe" do jazdy, wbrew oczekiwaniom, pogarszają się. Temperatura nieznacznie tylko opada, znika chłodzący wiatr i robi się bardziej wilgotno i parno. Ciało oblewa się potem. Mijam cementownię Warta obok Działoszyna. Znanymi metalowymi kładkami przekraczam rzekę Wartę. Powoli zaczynam myśleć o kolejnych szykanach na trasie czyli spacerku po obejmującym liczne jaskinie Rezerwacie Węży. Nie tak szybko. Do celu prowadzi piaszczysta droga wzdłuż Warty. Przy bardzo uważnej jeździe w większości daje się przejechać bez zsiadania z roweru. Chwilę później zaskakuje zupełnie rozmokła droga w bezpośredniej bliskości rzeki.

Tabliczka Rezerwat Węże. Droga odbija w głąb lądu i rozpoczyna się łagodnie wznosić. Podjazd na wzgórze Zelce, najwyższy punkt rezerwatu może nie jest szczególnie stromy jednak korzenie, łachy piachu i inne nierówności uniemożliwiają płynną jazdę. Nie ma co kopać się z koniem i niepotrzebnie tracić siły potrzebne na dalszej trasie, prowadzę rower. Rzucam okiem na mijaną wiatę i jedyną znajdującą się obok trasy jaskinię. Teraz czeka mnie wymagający szczególnej uwagi zjazd równie nierówną dróżką przez las.

Radość z pokonania trudniejszego odcinka trasy przez rezerwat szybko się kończy. Przejeżdżam mostem w Bobrownikach na północny brzeg rzeki i wkrótce przeżywam szok na widok imponującego, bo wznoszącego się kilkanaście metrów powyżej brzegu rzeki skalistego wzniesienia. To góra (podobno świętej) Genowefy. Zupełnie o niej zapomniałem. W czasie pierwszej edycji podejście pokonywałem już w ciemnościach nocy. Teraz nie da się w samotności walczyć z terenem. Wysoko na szczycie widzę organizatora oraz głównego fotografa imprezy. Niby dopingują zawodników, a w rzeczywistości jak sępy czekają by napawać się zmaganiami z ciężkim, stromym podejściem. Kiedy próbuję znaleźć jakieś łagodniejsze obejście stromego podejścia, nie umyka to uwadze Mario, który przypomina, że powinienem poruszać się ściśle po otrzymanym śladzie. Wypych prosto w górę wydaje się zadaniem nierealnym i niemożliwym do zrealizowania, jednak muszę podjąć się tego wyzwania. Pomijam żarty, że powinienem tam wjechać nie zsiadając z roweru.

Wpychanie roweru po osypującym się podłużu na zboczu jest mocno utrudnione. Robię to stopniowo. Pcham rower, wykonuję kilka kroków w górę, zaciskam hamulce i zatrzymuję się by uspokoić oddech, znowu pcham i znowu zatrzymuję się na kilka chwil. Tak aż do skutku przy silnym dopingu znajdujących się na szczycie osób. Nie ma co przesadzać, na zrobionych na górze zdjęciach muszę być uśmiechnięty i nie wyglądać na za bardzo sczochranego.

Zmagania z Genowefą (fot. Przemek M.)


Z mojej pamięci wyłania się podobny obraz sprzed kilkunastu lat. Wtedy w styczniu z Piotrkiem B. organizatorem Bikeorientu wybrałem się na 300 km wycieczkę wzdłuż Pilicy. Na trasie była Fajna Ryba (najwyższe naturalne wzniesienie woj. łódzkiego) i wchodziliśmy na nią od bardziej stromej południowej strony. Tam zamiast luźnego gruntu jak przy Genowefie była warstwa luźnego śniegu. No tak kiedyś w zimie był śnieg.

Na szczycie Genowefy przyjemne zaskoczenie. Są tu nieoczekiwani kibice Marta i Milos. Uściski dłoni i niezrozumiałe gratulacje, toż to do końca maratonu pozostało jeszcze mnóstwo czasu, a do pokonania kilkaset kilometrów. Miło jest chwilę porozmawiać ale po kilku minutach ruszam w dalszą trasę. [godz. 19, 180 km]

Drewniany most w miejscowości Przywóz. Wkrótce mijam wiatę w Ogroble. Tu spędziłem noc podczas pierwszej edycji po dużych problemach żołądkowych. Piaszczysta droga prowadzi wzdłuż wysokiej skarpy. W pewnej chwili ślad ucieka nad rzekę. Wracam się. Wydaje się, że wąwóz, którym można by zejść w dół zawalony jest powalonymi drzewami. Prowadzę rower skrajem wąwozu, by później zsunąć się po wyjątkowo stromym zboczu na skraj Warty.

Przede mną najbardziej piaszczysty odcinek na całej tegorocznej imprezie (na pierwszej edycji takich miejsc było znacznie więcej). Grube, mięsiste łachy piachu, być może dodatkowo rozjechane przez kładowców, nie pozwalają nawet myśleć o jeździe. Nawet prowadzenie roweru nie jest tu proste i oczywiste. Zaledwie kilka "piaszczystych kilometrów" ale mocno daje w kość. Nie poddaję się myśląc, by jak najszybciej dotrzeć do zapowiadanego w komunikacie startowym Pit-Stopu w Kochlewie teoretycznie czynnego aż do godz. 23.

Mijam Kamion, Krzeczów. Przede mną rozciągająca się nad brzegiem Warty miejscowość Kochlew. Pomimo ciemności nie da się ominąć bufetu nie zauważając go. Zajadam się kiełbaską z grilla, udkami kurczaka. Częstuję się wszystkim co się da. Dostaję też zupkę chińską (rosół). Dopiero teraz czuję jak bardzo byłem głodny. Miło spędzać czas w przyjaznym towarzystwie ale trasa sama się nie przejedzie. Tak szybko jak tylko się da ruszam przed siebie. Pit-stop [godz. 21:09-21:32 - 215 km]. Opuszczam jadłodajnię i na długim odcinku razem z Pauliną i Tomkiem walczę na piaszczystych polnych drogach. W dzień być może dałoby się wybrać przejezdne fragmenty drogi, przy panujących już ciemnościach jest to niemal niemożliwe.

Kolejne punkty na trasie to Osjaków, Konopnica, Burzenin. Temperatura powoli spada, więc na skraju tej ostatniej miejscowości zatrzymuję się, zakładam długie dżinsowe spodnie (fani najlepszej kolarskiej odzieży wreszcie byliby usatysfakcjonowani) oraz kurtkę i koszulkę termoaktywną. Zjadam też coś, czego nie udałoby mi się pochłonąć w trakcie jazdy. W czasie tych czynności mija północ [godz. 24 - 250 km].

Miałem nadzieję, ba byłem o tym święcie przekonany, że w drodze do Sieradza nie spotka mnie już żadna przykra niespodzianka. Liczyłem na asfalty lub dobre szutrowe drogi. Nic z tych rzeczy, ulepszoną wersję trasy Mario puścił po przeciwnej stronie Warty. Fakt, zamiast długiego nudnego odcinka szutrowo-gruntową drogą wzdłuż wałów, pojawiło się nieco atrakcji. O piaskach nie ma co nawet wspominać, te spotykać będę na całej warciańskiej trasie. Clou programu to wypych roweru z doliny na wysoką skarpę we wsi Strońsko.

Bardzo stroma, gładka, niknąca w ciemności między krzakami ścieżka. Tu metoda stosowana podczas zdobywania "Genowefy" zawodzi. Pomimo zaciśniętych hamulców rower nie trzyma się podłoża. Krok po kroku (czasami ześlizgując się w dół) posuwam się do góry. Z daleka widzę, gdzie ścieżka zakręca i gdzie zrobi się już bardziej płasko i przyjaźnie. Byle tam dotrzeć i jestem uratowany. Pokonywanie tej ściany po deszczu byłoby niemożliwe. Trudno mi z moich rowerowych wspomnień wyłuszczyć równie trudne podejście. Może adekwatnym porównaniem byłyby Góry Pieprzowe po deszczu na maratonie Wisła1200. Tylko, że ja zdobywałem je wtedy gdy było sucho jak pieprz.

Nagrodą za włożony wysiłek byłby oszałamiający widok na Kotlinę Sieradzką. Byłby, gdyby nie był to środek ciemnej nocy [godz. 1 - 260 km]. W Strońsku można by podziwiać mury starego kościoła z elementami stylu romańskiego. Wolniej (lub szybciej) jadący zawodnicy musieli mieć tu więcej szczęścia.

Mijam kładkę pieszą w Sieradzu [2:30 - 280 km] i zaczynam myśleć o odpoczynku. Coraz bardziej odczuwam skutki upalnego dnia. Już wiem, że planowana przed startem jazda "longiem" bez spania podczas pierwszej nocy nie ma szans na realizację. Nie jestem śpiący ale zmęczony warunkami jakie panowały na trasie. Zaczynam przymulać. Szybkość poruszania się drastycznie spada. Metoda Mossoczego czyli kilkuminutowe drzemki nic tu nie pomogą. Muszę przespać co najmniej kilka godzin.

Droga wzdłuż wałów w kierunku Jeziorska i komary (pojedyncze na szczęście) pojawiające się w momencie kiedy się zatrzymuję, nie zachęcają do szukania noclegu w tym miejscu. Myślami jestem już przy znajdującej się kilkanaście kilometrów dalej wieży widokowej na skarpie nad Jeziorskiem w miejscowości Glinnik. Wypycham rower drogą prowadzącą do wieży. Rozglądam się. Kuszący wydaje się nocleg na górnej platformie ale już sama myśl o wchodzeniu tam nawet bez roweru jest zniechęcająca. Płaska łączka pod wieżą wydaje się za bardzo eksponowana na widok potencjalnych gości.

Rozkładam się kilkadziesiąt metrów dalej na polu osłoniętym od prowadzącej do wieży drogi niskimi krzakami. Szeroka koleina wyścielona słomą wyprofilowana podczas żniw przez sprzęt rolniczy wydaje się idealnym miejscem. Rozkładam foliowy obrus, wyjmuję śpiwór, a pod biodro podkładam długie spodnie, które wiozę na chłodniejsze chwile. Problem z komarami, które docierają również do tego odległego od wody miejsca mam już opanowany. Przećwiczyłem to podczas maratonu Suwalskie Tropy Race. Wtedy na łące obok jeziora atakowały mnie całymi chmarami. Cienka wiatrówka otulająca wystające ze śpiwora części ciała skutecznie chroni przed intruzami, umożliwiając jednocześnie swobodne oddychanie. Budzę się z widokiem na wieżę widokową, na którą mimo wczesnej pory wdrapała się para turystów. Mam nadzieję, że 3 godzinny wypoczynek wystarczy na cały dzisiejszy dzień. [godz. 4:17-7:33 - 299 km].

Nocleg nr I - widok na wieżę nad Jeziorskiem


Nowy dzień rozpoczyna objazd Jeziorska. Na początek rozgrzewka na asfaltach i dobrych szutrach, następnie droga po wale z piaszczystymi sekcjami w okolicy Pęczniewa, wreszcie dobrze znany odcinek dla rowerów MTB. Ostatni raz pokonywałem go w przeciwnym kierunku podczas tegorocznej Galantej Pętli. Nie mam ambicji by ten zaledwie 2,5 kilometrowy odcinek pokonać w całości lub w dużej części nie zsiadając z roweru.

Tuż za tamą na Warcie nad Jeziorskiem mija I doba zmagań.

I doba:
Dystans 321 km
Czas jazdy 18:42
Postoje 5:18
Prędkość śr. 17,2 km/godz.


Druga doba 16-17 sierpnia 2025 r. (Glinno-Pyzdry)

Przede mną najdłuższy monotonny przejazd wzdłuż nadwarciańskich wałów lub ich koroną, przerwany jedynie czujnym przejazdem przez zatłoczone uzdrowisko Uniejów. Od tamy na Jeziorsku do Koła to ponad 40 km. Jazda koroną wałów daje namiastkę trudności czekających na mnie dzisiejszego dnia. Lekki wiatr z ubiegłego dnia wyraźnie przybrał na sile i zmienił kierunek na zachodni. Kiedy za Kołem skręcę wraz z nurtem rzeki i wyjadę na tereny odkryte, wiatr zacznie wiać prosto w twarz i stanie się groźnym przeciwnikiem.

W połowie drogi z Uniejowa do Koła z lewej mojej strony pojawiają się olśniewające widoki na duże błękitne przy słonecznej pogodzie rozlewiska, czy jeziorka. Później doczytam, że to zalewane wodą tereny kopalni odkrywkowej węgla brunatnego Adamów. W niedalekiej przyszłości ma tam powstać największy w regionie kompleks turystyczny. Na razie widać tylko tabliczki, że to teren kopalni i wstęp jest wzbroniony.

Silny boczny wiatr robi swoje. Czuję się lekko przymulony. Przejeżdżam pod estakadą autostrady A2 i zatrzymuję w cieniu rosnących obok wału drzew na krótką "przedobiednią" drzemkę [godz. 11:20-12:30 - 357 km] ]. Chwila odpoczynku stawia mnie na nogi. W znanym i doskonale zaopatrzonym sklepie monopolowym na rondzie w Kole wypijam litr nektaru z czarnej porzeczki i uzupełniam bidony przed wjazdem na bardziej odludne nadwarciańskie tereny.

Już od rana zaczęły się problemy z ogumieniem. Na początku powietrze z tylnej dętki uchodzi bardzo powoli i wystarczy sporadyczne dopompowywanie. Jednak muszę myśleć o załataniu dziurawej dętki, którą zdjąłem z koła na początku trasy, Jak znaleźć dziurę w dętce, kiedy wokoło znajduje się mnóstwo niedostępnej lub nienadającej się do tego celu wody. Na początku myślę o odciętej plastikowej butelce napełnionej wodą. Wreszcie przypominam sobie, że mam niewielkie płaskie pudełko na folie NRC i inne drobiazgi. Odrobina wody z bidonu wystarczy by znaleźć niewielką dziurkę. Nie wiem co robię nie tak (może zbyt szybko zakładam dętkę) ale po kilku, kilkunastu czy kilkudziesięciu kilometrach muszę powtórzyć naprawę. Nie wdając się w szczegóły czynność zdejmowania koła i opony, klejenia dętki, pompowania i zakładania wszystkiego z powrotem powtarzam tak z 4 czy 5 razy.

Z kronikarskiego jedynie obowiązku odnotujmy spotkanie z Przemkiem naczelnym fotografem imprezy na nadrzecznych bulwarach w Koninie [godz.16:50 - 396 km] i ostatnią aprowizację w markecie Dino w Sławsku [godz. 18:30-18:50 - 408 km]. To oznacza, że niedługo minę półmetek zawodów.

Ponownie przecinam przejeżdżając pod estakadą autostradę A2. Na prostej drodze wzdłuż Warty pojawia się przeszkoda, czyli otoczony wałami dopływ o nazwie Czarna Struga. Kiepską gruntową drogą (gorszą niż ta nadwarciańska) jadę do najbliższego mostku na Strudze. Jeszcze gorzej wygląda obrośnięta trawą, mocno nierówna droga powrotna. Chwila wytchnienia na ruchliwej drodze do mostu w miejscowości Ląd. Kiedy nie było jeszcze autostrady jechały tędy sznureczki TIRów. Mijam parking, na którym chwilę wypoczywałem przed trzema laty i wjeżdżam na najtrudniejszy wówczas piaszczysty odcinek Nadwarciańskiego Parku Krajobrazowego.

Jestem pozytywnie zaskoczony, po mięsistych piachach nie ma śladu. Jadę bez konieczności zsiadania z roweru. Piachy w cudowny sposób zniknęły lub trasa została gruntownie zmieniona. Zamiast piachu są łąki. Odciśnięta w trawie, ledwie widoczna przy panujących ciemnościach droga nieustannie meandruje, zmieniając kierunek. Kilkakrotnie zapuszczam się w niewłaściwą stronę. Żeby nie zaliczyć kolejnej wpadki, muszę jednocześnie patrzeć na ekran Garmina i pod koła roweru. Ten oczywisty do przejechania w dzień odcinek po łąkach, w nocy jest bardzo męczący zarówno fizycznie jak i psychicznie. Dopiero kiedy porównam ślady obu edycji widzę, jak poważne zmiany wprowadził tu organizator, żeby zaoszczędzić uczestnikom kilkukilometrowego pchania roweru. Nadwarciański Park opuszczam znużony czujną nawigacją i wykończony fizycznie jazdą pod silny wiatr.

Nie przyjechałem tutaj by się ścigać, a na pewno nie ścigać za wszelką cenę. Nadszedł czas na zasłużony odpoczynek. Pojedyncze ukryte za drzewami zabudowania (później zidentyfikuję, że to wioska Białobrzegi) nie wydaje się najlepszym miejscem, by rozłożyć śpiwór. Rano mógłbym się mocno zdziwić gdybym zobaczył miejsce, w którym spędziłem noc. Wreszcie wyjeżdżam na bardziej odludne przestrzenie. Nie zamierzam wybrzydzać. Kilkaset metrów dalej rozkładam się na niewysokim wale na skraju z jednej strony nadwarciańskich łąk, z drugiej wiejskich pół. Jestem porządnie zmęczony, więc tylko przez chwilę rejestruję bzyczenie jakiegoś komara i szybko zapadam w głęboki sen.

Nad ranem budzi mnie przejmujący chłód. Sam śpiwór nie wystarcza żeby mnie uchronić przed zimnem. Wciągam na ciało dżinsowe spodnie i ciepłą koszulę. Powoli rozwidnia się. Budzę się z widokiem na zakole płynącej tuż obok rzeki. Czuję się całkowicie zregenerowany ale i tak czekam aż wschodzące słońce rozgrzeje chłodne po bezchmurnej nocy powietrze. [godz. 21:20-7:00 - 439 km wał przed Pyzdrami]

Nocleg nr II - widok na Wartę


Zwijam śpiwór i zjadam szybkie śniadanie. Pozdrawiam kilku przejeżdżających drogą poniżej wału bikerów. Wkrótce też jestem na trasie. Mostem przejeżdżam do wielkopolskiego miasteczka Pyzdry i mijam nadwarciańskie tereny rekreacyjne położone na skraju miasta. Tu spędziłem noc podczas pierwszych moich zmagań z Warta800. Można powiedzieć, że w stosunku to tamtego przejazdu jestem delikatnie pod kreską.

Kolejny cel na trasie to odległy o kilkanaście kilometrów prom, którym przeprawię się na drugi brzeg rzeki. W optymistycznych przedstartowych planach zakładałem, że zdążę dojechać do promu poprzedniego dnia przed godziną 18. Jadąc, w myślach rozważałem co zrobię gdy nie zdążę na jego ostatni wieczorny kurs. Czy będę nielegalnie forsował przeszkodę kładką na moście kolejowym czy też zdecyduję się na objazd do najbliższego mostu?

Już od dawna te rozterki to zamierzchła przeszłość. Jadę używanymi tylko przez wędkarzy gruntowymi drogami prowadzącymi w poprzek nadrzecznych łąk. Zmagam się ze związanymi z tym trudnościami: hałdy piachu, korzenie i nierówności. Przed pierwszym z proponowanych promów w Czeszewie jestem o godzinie 8:45, a więc zdecydowanie za wcześnie (prom w niedzielę czynny dopiero od godz. 13). Kolejny odległy o zaledwie kilka kilometrów prom w Dębnie czynny już od 8 i tam właśnie się udaję. Prom Dębno (godz.9:04-9:09 - 474 km na liczniku). To 466 km oficjalnej trasy, więc w międzyczasie do wyznaczonej trasy dołożyłem, między innymi myląc trasę, 8 km.

Mija 2 doba zmagań. Pokonany dystans to 474 km. Walka z awariami ogumienia, przedłużający się nocny odpoczynek sprawiają, że na jazdę przypadło jedynie niewiele ponad 10 godzin, więc "urobek" ostatniej doby to zaledwie 153 km.

II doba:
Dystans 153 km
Czas jazdy 10:15
Postoje 13:45
Prędkość śr. 14,9 km/godz.

Całość:
dystans: 474 km
Czas jazdy 28:57
Postoje 19:03
Prędkość śr. 16,4 km/godz.



Trzecia doba 17-18 sierpnia 2025 r. (Pyzdry-prom Dębno)

Po wczorajszym "huraganie" nie ma już śladu, temperatura również zmniejszyła się do akceptowalnej przez organizm (mój organizm) wartości. Tylko na pojawiające się w każdym możliwym miejscu piachy przy panującej suszy, nie ma dobrej rady. Mam wrażenie, że reklamowane jako najtrudniejsze na trasie maratonu woj. łódzkie, wcale takim nie było ale może to mylna ocena, w nogach mam już przecież kilkaset kilometrów.

Przede mną najdłuższy zmieniony w stosunku do pierwotnej trasy odcinek maratonu. Od promu w Dębnie do Mosiny przez ponad 70 km ślad będzie zmieniać brzeg rzeki ale zawsze będzie to inny brzeg od tego z pierwszej edycji. Pamięć jest zawodna więc trudno ocenić jak trasa zyskała lub straciła na trudności i atrakcyjności.

Dobrze zregenerowany po przydługim noclegu z każdym wywalczonym kilometrem zbliżam się do Poznania, największego miasta, przez które przepływa rzeka Warta. Dobre samopoczucie przerywa to co już dobrze poznałem wcześniej. Lekkie bujanie oznacza powoli uchodzące z tylnego koła powietrze. Tym razem dętka wytrzymała ponad 100 km. Dopompowuję koło i mam nadzieję, że uda mi się w ten sposób dotrzeć do Poznania. Kolejne pompowanie kończy się katastrofą - urwany zawór przekreśla moje plany. [12:50 - 520 km]. Wcześniej zniszczyłem w ten sposób inną dętkę. Z jedną sprawną dętką jechać się nie da. O wycofie nie myślę nawet przez chwilę. Nie taką awarię udało mi się pokonać podczas Ultraniespodzianki. Nie ma co tragizować. W ciągu 2-3 godzin mogę przecież doprowadzić rower do Poznania gdzie czekają na mnie 2 nowe dętki.

Jest wielki pech, jest wielki fart. Po kilometrze pchania roweru dogania mnie jadący z tyłu zawodnik - Michał nr 65. Wyciąga cienką dętkę TPU pomaga w założeniu, a nawet w pompowaniu. Jestem uratowany, mój spacerek do Poznania stał się już nieaktualny, No i najważniejsze nie grozi mi już DNF za nielegalną wg regulaminu pomoc z zewnątrz. Na społeczność ultrasów zawsze można liczyć. Poprzednio na trasie wzdłuż Warty uzyskałem pomoc po zerwaniu łańcucha.

Zorganizowana, nielegalna pomoc z zewnątrz nie będzie już potrzebna. Zamierzona ale nie wykorzystana pomoc przestaje być (wg mojej interpretacji regulaminu) podstawą do dyskwalifikacji, więc nie zgłaszam tego "wykroczenia" organizatorowi zawodów. Groźba DNF-a nie jest mi groźna. Najważniejsze jest przecież samo pokonanie całej trasy ultramaratonu. To, na którym miejscu ukończę i czy znalazłbym się w tabeli wyników jest kwestią drugorzędną.

Nie mogę się już doczekać Poznania. Chciałbym tam dotrzeć jak najszybciej i może dlatego właśnie ten odcinek dłuży się niemiłosiernie. Przejeżdżam przez Wielkopolski Park Narodowy. Prowadząca bocznymi drogami i ścieżkami trasa sprawia, że tylko na odcinku poprowadzonym nad nad autostradą można poczuć tchnienie wielkiego miasta. Podobny będzie wyjazd po przejechaniu nadrzecznych bulwarów.

Wreszcie jest - most Przemysła I na ul. Hetmańskiej. [559 km - godz. 15:43-15:54]. Moje oczekiwania związane z dotarciem w to miejsce pieszo było mocno niedoszacowane. Przejazd rowerem od momentu wymiany dętki zajął mi prawie 3 godziny. Prowadząc rower dotarłbym tu grubo po północy, a może nad ranem. Zjeżdżam pod most. Przez dłuższy czas rozglądam się widząc pustkę, bezludzie. No i gdzie są spodziewani kibice (rodzina). Po chwili jest już nadmiar - kumulacja. Z wysokiego podestu podtrzymującego kolumnę mostu pozdrawia mnie gość ubrany w kolarskie ciuchy. W półmroku nie rozpoznaje twarzy. Nie zdążę nawet z nim przez chwilę porozmawiać czy rozpoznać kto zacz, gdy od przeciwnej strony słyszę głosy córki i żony. Czuję się nieco rozdarty. Z kim powinienem porozmawiać wcześniej?

Komitet powitalny w Poznaniu


Nierozpoznanego kolegę pozostawiam na deser. Niestety znika równie niespodziewania jak się pojawił. Po rozmowie z rodziną już go nie widzę. Wszystko dzieje się tak szybko, że nie zapamiętuję nawet jak zwraca się dopingujący niezidentyfikowany znajomy. Słowa użyte na powitanie: "cześć wiki", "cześć Krzystof" czy "dzień dobry Krzysztof" pomogłyby ograniczyć krąg podejrzanych osób. Dzięki za powitanie na trasie oraz doping i przepraszam że nie zdążyłem zamienić choćby kilku słów.

Uciski, chwila rozmowy i pamiątkowe zdjęcie to wszystko co można zrobić nie łamiąc obowiązujących wszystkich startujących reguł. Z trudem udało mi się powstrzymać prośbę o dostarczenie ulubionego napoju. Wychodzę z założenia, że ścigam się przede wszystkim ze sobą i swoimi słabościami, a w dalszej kolejności z innymi startującymi zawodnikami. Wszelkie odstępstwo od obowiązujących zasad byłoby oszukiwaniem samego siebie. Wszystko mam pod kontrolą, znam miejsce za Poznaniem gdzie sam będę mógł zrobić pełną aprowizację.

Wyjeżdżam na doskonałej jakości rowerowe ścieżki wzdłuż nadwarciańskich bulwarów. To chyba jedyne tak przyjazne rowerzystom miejsce w mieście. Długi weekend sprawia, że oblegane jest nie tylko przez niedzielnych rowerzystów. Pomimo tego, miejsca jest tyle, że nikt sobie w drogę nie wjeżdża. Przejazd przez poznane już wczesniej nowe kładki Berdychowskie. Wkrótce opuszczam równiutkie asfaltowe drogi rowerowe i zagłębię się w dzikie ścieżki, które negatywnie wspominam z poprzedniego przejazdu. Powalone drzewa, nierówności, piachy itp. atrakcje, które sprawiały, że nawet prowadzenie roweru było utrudnione. Jestem pozytywnie zaskoczony. ścieżka rowerowa została na tyle dobrze uporządkowana, że niemal w całości pokonuję ją nie zsiadając z roweru.

Przejeżdżam kładką pieszo-rowerową w Owińskach i jadę przez lasy po przeciwnej stronie rzeki. Kilkanaście kilometrów leśnych dróg i wracam do cywilizacji. Kolejny most i oczekiwany punkt aprowizacji. Żabka nie jest moim ulubionym sklepem ale ta w Promnicach, idealnie wpisuje się w potrzeby zawodów. Obfite zakupy przed zbliżającą się powoli nocą (nie chciałbym już dzisiaj szukać kolejnego sklepu). Betonowe schodki są idealnym miejscem by w kulturalnych warunkach spożyć obfity posiłek. [580 km, 17:27-17:49].

Rzeka Trojanka przed którą ostrzegał Mario podczas przedstartowej odprawy, to w rzeczywistości tylko krótki nieistotny epizod. Niski stan wody sprawia, że można ją pokonać po prowizorycznej kładce, czyli rozrzuconych w wodzie kamieniach nie mocząc butów. Próba przejazdu rowerem mogłaby być bardziej problematyczna.

Mijam miasto i most w Obornikach co oznacza, że powoli mogę się rozglądać za największą w kraju nielegalną budowlą w Stobnicy, najlepiej widoczną z okolic wsi Brączewo [godz. 20:30 - 625 km]. Szare, ponure, wystające ponad ścianę lasu wieże wyglądają imponująco, przerażająco i po prostu brzydko. Stanowią wrzód na d…. Puszczy Noteckiej. Pierwsze nasuwające się skojarzenie to widoczny również z daleka kolos w Licheniu.

Obrzycko. Podczas pierwszej edycji, pod znajdującą się gdzieś w mieście turystyczną wiatą, spędziliśmy długą burzową noc. Dzisiaj nie ma powodu żebym się tu zatrzymał nawet na chwilę, Pomimo bezchmurnej pogody powoli ściemnia się. Na pitstop zatrzymuję się w kolejnym wielkopolskim miasteczku Wronki (640 km, godz. 21:43-21:52]. Przed planowanym całonocnym jeżdżeniem zakładam ciepłe ubranko. Korzystając z postoju posilam się. Jakiś gość podchodzi i oferuje mi pomoc. Ostrzega przed Ukraińcami. Odradza jazdę w nocy (ostatnio jadący furgonetką piekarz niemal zepchnął go do rowu). Żadnej pomocy nie potrzebuje, więc jak najszybciej się ogarniam, dziękuję za pomoc i ruszam na trasę. Jednak nocą, w lasach i na polach czuję się bardziej bezpieczny niż podczas przejazdu przez miasto.

Zupełnie nieoczekiwane wsparcie nadchodzi dosłownie chwilę później w miejscowości Wartosław [650 km, 22:25-22:46]. Tabliczka informująca o Pit-stopie ultramaratonu Warta800 i jeden z organizatorów tego punktu nie pozwalający przemknąć się niezauważalnie. Kolejna zupka chińska, herbata, ciastka. Rozmowa z jeżdżącymi rowerem (może nie tak intensywnie) pasjonatami to prawdziwa przyjemność. Propozycji noclegu pod dachem nawet nie myślę rozważać. Opuszczam budynek "robiąc miejsce" dla kolejnych nadjeżdżających zawodników.

Z nocnego przejazdu w pamięci zapada dużo lasów i prowadzących przez nie piaszczystych, w nocy trudno przejezdnych, dróg. Chwilę po północy przejeżdżam przez Sieraków. Dwie godziny później mijam Międzychód [690 km, godz. 2:00]. Nie czuję zmęczenia i chciałbym jechać bez zatrzymywania się. Spadająca temperatura koryguje moje plany. Zaczynam marznąć na długo przed świtem. Nie znajduję sposobu żeby utrzymać ciepłotę organizmu. Muszę jak najszybciej schować się do śpiwora by przetrwać do świtu.

Bezdeszczowa pogoda, wysuszone podłoże sprawia, że nie muszę szukać specjalnego miejsca. Mając śpiwór mogę się zatrzymać na nocleg w każdym dowolnym (przynajmniej teoretycznie) miejscu. Akurat jadę przez las, który nie jest dla mnie tym dowolnym i akceptowalnym miejscem. Kiedyś kolega Wojtek, który położył się na krótką drzemkę w lesie podczas maratonu na orientację Grassor, odnalazł na swoim ciele 23 krwiożercze pajęczaki. Jakiegokolwiek kontaktu z kleszczami chciałbym uniknąć.

Wreszcie las się kończy. Wyjeżdżam na odkrytą przestrzeń. Rozległa porośnięta trawą łąka lub pole. Trudno odgadnąć jak to będzie wygladać za dnia ale gdzieś i to jak najszybciej muszę się zatrzymać. Dzisiaj nie mam już siły (lub raczej ciepłoty), by szukać innego lepszego miejsca. Oddalam się od drogi o kilkanaście metrów i rozkładam spanie. Nie jest to dość dobrze zakamuflowane miejsce. Przez sen słyszę warkot silnika, jakieś światła. Kiedy podnoszę głowę wysiadający z samochodu facet pyta czy wszystko w porządku. Zapewniam, że tak i kładę się spać dalej. [698 km, godz. 2:44-7:40].

Nocleg nr III - w oddali wały Warty


Budzę się i czekam aż słońce oderwie się od horyzontu i nieco ogrzeje atmosferę. Wkrótce ruszam, przede mną ostatni dzień, a właściwie ostatnie godziny jazdy. Jeżeli do tej pory narzekałem na trudność trasy to teraz oficjalnie to odwołuję. Dopiero porośnięta kępkami trawy droga u podnóża wałów naprawdę daje w kość. Na wywołane wstrząsy nie udaje mi się znaleźć dobrego sposobu. Zmieniam uchwyt kierownicy. Jazda na lemondce wcale nie pomaga. Ból wybijanych ze stawów ramion jest nie do wytrzymania. Chce mi się wyć.

Był odcinek specjalny jest i specjalna nagroda. Nie muszę się nawet mocno rozglądać, dwie starsze panie z Koła Gospodyń Wiejskich zadbały o to, żebym zatrzymał się na kolejnym już Pit-Stopie. Pochłaniam wspaniałe wiejskie ciasta. kanapki, chyba były też owoce. Uzupełniam bidony i szybko ruszam dalej. Krasne Dłusko [714 km, 8:44-8:55].

Opuszczając bufet nachodzi mnie refleksja. Pit-Stopy na trasie to jakby zaprzeczenie reguły samowystarczalności, która zapisana jest w regulaminie chyba każdej imprezy ultra. Może to tylko swoiste rozumienie tego pojęcia. Taki żart organizatorów. Ultramaratony samowystarczalne można by policzyć na palcach jednej ręki. Chociażby zakończony ostatnio MRDP.

Kilka kilometrów za bufetem mija 3 doba maratonu. Dobowy czas jazdy wzrósł w porównaniu z poprzednimi dniami do ponad 16 godzin, a dystans do 243 km.

III doba:
Dystans 243 km
Czas jazdy 16:21
Postoje 7:39
Prędkość śr. 14,9 km/godz.

Całość:
dystans: 717 km
Czas jazdy 45:18
Postoje 26:42
Prędkość śr. 15,8 km/godz.



Czwarta doba 18 sierpnia 2025 r. (prom Dębno-Kostrzyn/meta)

W jednej z mijanych wiosek, której po fakcie nie potrafię zidentyfikować i umiejscowić, rzucają się na mnie 3 duże psy. Pełne zaskoczenie. Wszystko dzieje się tak szybko, że nie ma czasu na strach. Próbuję znanych sposobów żeby się pozbyć intruzów. Ufff!!! Pokonałem to miejsce w stanie nienaruszonym. Nie mam złudzeń, gdyby psy miały wrogie zamiary nie miałbym najmniejszych szans.

Mijam Skwierzynę. Jadę szutrową drogą na skraju lasów i pól. Z naprzeciwka z dużą szybkości, kurząc niemiłosiernie zbliża się jakiś samochód. Po jego przejeździe będę wyglądał jak młynarz lub zważywszy miejscowość Murzynowo do której się zbliżam jak biały Murzyn. Zaraz córka mnie poprawi, że określenie Murzyn jest niewłaściwe. Niech będzie: będę przypominał białego afroamerykanina. Wychowany na starym elementarzu i "Murzynku Bambo", określenie Murzyn odbieram pozytywnie, Afroamerykanin raczej obraźliwie. Zresztą kto u nas tego określenia używa. Przypomina mi się historia wprowadzania określenia "sprawny inaczej" w miejsce pejoratywnego niepełnosprawny.

Usuwam się głębiej w głąb lasu. Samochód nieoczekiwanie zatrzymuje się. Przypadkowy zainteresowany kibic? Nic bardziej mylnego, to organizatorzy "Szutrozy" sprawdzają przebieg trasy tej imprezy. Chwilę opowiadam, co ja tutaj robię i że właśnie jestem na trasie maratonu Warta800. Na zakończenie szybkiej wymiany zdań gorąca chęć wsparcia napojami i jedzeniem. Wzbraniam się ale ostatecznie biorę małą butelkę chłodnej wody. Nie należę do szybko myślących, szczególnie w trakcie dużego wysiłku. Ze stylu jazdy myślę, że Szutroza to jakiś rajd samochodowy ale wkrótce skojarzę że to jedna z dłuższych imprez rowerowych.

Murzynowo z długim odcinkiem brukowanej drogi jest nieco przereklamowane. Po ostatnim odcinku nadwarciańskim nic takiego nawet mnie nie rusza. Zniknął nawet uporczywy ból ramion.

Na tym etapie zawodów mój organizm jest już zupełnie wyjałowiony. Co pewien czas tracę moc, czuję głód, a organizm odmawia dalszej współpracy. Daje mi sygnał - jak chcesz to jedź sobie sam, ja zostaję. Sięgam na przemian po batona lub banana. Ciekawa byłaby obserwacja, na pokonanie ilu kilometrów wystarcza 1 banan a na ile kilometrów 1 baton i przeliczyć to na kilokalorie. Jestem zbyt zmęczony by rejestrować takie szczegóły. W Starym Polichnie [743 km, godz.11:00-11:25] zatrzymuję się na mały popas. Schodki remizy strażackiej wydają się jak najbardziej do tego celu odpowiednie.

Popas w Polichnie, pogoda rozpieszcza


W Polichnie kończy się terenowa jazda. Tabliczka Santok. Tu Warta wzbogaca się o wody Noteci, a nad wsią rozpościera się spore wzniesienie - wzgórze widokowe z zabytkową basztą. To wzniesienie i wepchnięcie tam roweru to kolejna i ostatnia wysokościowa szykana Warty800. Podobno ze wzgórza rozpościera się szeroki widok na dolinę Warty ale ja tej rzeki mam już wyraźnie dość. Widzę ją nieustannie od ponad 3 dni i czuję mocny przesyt. Chyba będzie mi się śniła po nocach gdy już osiągnę metę.

Ciężko bezstronnie ocenić trasy, więc posłużę się rozważaniami kolegi, który razem ze mną dotarł na santockie wzniesienie. "Nie wiem czy zdążę dzisiaj na metę / 68 km / 7 godzin / wychodzi 10 km/godz." Nie wiem jaka jest konkluzja tych rozważań ale widać, że ostatni odcinek nie tylko mnie dał mocno w kość. Zapewniam, że dalej będą głównie asfaltowe drogi i sam nawet w to uwierzyłem.

Cóż pamięć jest zawodna, asfalt owszem jest do Gorzowa i podczas przejazdu przez miasto, później skręcam na wały po których będę jechał aż do Parku Narodowego Ujście Warty i dalej do Kostrzyna. Mocno naciskam na pedały chcąc poprawić niezbyt wyśrubowany rezultat sprzed 3 lat (79:10 godzin). Lekki wiatr w plecy ułatwia realizację tego zadania. Rozterki dotyczące dozwolonych godzin przejazdu przez park od dawna są nieaktualne, granicę parku przekraczam w środku dnia ok. godz.14.

Zdobywam Kostrzyn, Jeszcze tylko plac budowy nowego mostu i upiorna przeprawa starym oblężonym przez samochody mostem na drugą stronę Warty. Kilka kilometrów przez łąki doprowadza mnie do najdalej wysuniętego cypelka, w miejsce gdzie Odra wpada do Warty (lub odwrotnie). Nadzieja na koczującego w tym miejscu fotografa jest płonna. Sam potwierdzam pobyt w tym miejscu robiąc selfi. Powrotny przejazd przez wspomniany most i czujny dojazd do mety przez leżący nad brzegiem Warty Kostrzyn. Wynik nie jest satysfakcjonujący ale i tak czas poprzedniego przejazdu poprawiam o ponad 2 godziny.

Warta/Odra - dalej się już nie da


Decydując się na powtórne pokonanie trasy wzdłuż Warty, szykowałem się na skrytykowanie organizatora za zepsucie trasy przez wprowadzenie korekt na jej pierwotnym przebiegu. W miarę pokonywanych kilometrów moja chęć krytyki mięknie i zanika. Tegoroczna urozmaicona trasa zupełnie mnie usatysfakcjonowała. Cóż Warta wymiata w porównaniu z innymi maratonami poprowadzonymi dolinami rzek: Wisły, Odry, Pilicy czy Bugu. Z atrakcyjnością trasy tej ostatniej rzeki bym polemizował ale sprawdzę to już 2 tygodnie po Warcie. Niedoścignionym wzorem pozostaje dla mnie maraton Wschód i Niespodzianka Leszka Pachulskiego ale te tylko fragmentarycznie przebiegały dolinami rzek.

Komitet powitalny już ostrzy pazurki na koczowanie pod poznańskim mostem w przyszłym roku, więc nie wypada bym zawiódł te oczekiwania. Z dużym prawdopodobieństwem wrócę nad Wartę, by pokonać ją w normalnym trybie - bez awarii i kłopotów zdrowotnych. Wszystko oczywiscie rozstrzygnie się pewnie już na początku nowego sezonu. Wiadomo, że WARTO NAD WARTĘ!.

Warto było nad Wartę


Statystyka:

IV doba:
Dystans 108,5 km
Czas 7:03
Czas jazdy 6:13
Postoje 0:50
Prędkość śr. 17,3 km/godz.

Statystyka maratonu:
Dystans z licznika 825,1 km
Dystans maratonu 814,1
Dziennie śr. 250,6 km
Czas trasy 79:03
Czas jazdy 51:31
Postoje 27:32
Prędkość śr. 16,0 km/godz.
Miejsce (chyba) 20 (z 56)

Zdjęcia i filmy z trasy (Przemek Matyjaszczyk i Tomasz Stachurski)


T R A S A



Krzysztof Wiktorowski (wiki) - nr 32
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót