
.

Start: 9:10. Na trasę ruszam w kolejnej kilkuosobowej grupie. Grupa szybko ulega dezintegracji. Każdy jedzie tu swoim tempem. Wkrótce zanurzam się w gęstym, ciemnym lesie Chełmskiego Parku Krajobrazowego. Po nadchodzącym upalnym dniu i ciepełku panującym już na starcie, chwilowo nie ma śladu. Robi się nawet nieco chłodno. Twarde leśne dróżki nie utrudniają jazdy.
Mijam lasy sobiborskie [59 km]. Poprzeczna asfaltowa droga. W którą stronę mam skręcić? Z przerażeniem zauważam, że z ekranu Garmina znika ślad trasy. Kombinuję na różne sposoby, później resetuję urządzenie - bezskutecznie. Nie jestem w stanie ustalić przyczyny i usunąć usterki. Dołączam się do nadjeżdżającego zawodnika. Później z różnym skutkiem próbuję nawigować po cienkiej ledwo widocznej kresce.
Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy opuszczam lasy i po raz pierwszy zobaczę rzekę, wzdłuż której powinna prowadzić trasa maratonu. Chwilę później [godz.11:40, 63 km trasy zatrzymuję się obok charakterystycznego miejsca, trójstyku granic z Białorusią i Ukrainą. Jest jakiś prowizoryczny punkt zaopatrzeniowy. Chwytam słodką bułkę uzupełniam wodą ledwie naruszony bidon i szybko ruszam dalej.
Ostatni raz byłem tu przed 4 laty kiedy prowadziła tędy trasa maratonu Wschód 2021. Jestem zaskoczony, wtedy przedzierałem się rozjeżdżonymi przez wojskowy sprzęt dróżkami, a przed punktem rezydował wojskowy patrol. Teraz dojazd jest bezproblemowy, a osobisty nadzór nad granicą zastąpił nadzór elektroniczny. Co 50-100 metrów znajduje się wysoki betonowy słup uzbrojony w kamery. Wielki Brat patrzy na wszystko co się porusza.
Trasa na przemian prowadzi główną asfaltową drogą, bądź skręca na prowadzące pomiędzy polami i łąkami gruntowe drogi. Widok na rzekę jest towarem jak najbardziej deficytowym. Czujny, niepewny przejazd przez Włodawę. W kolejnym nadgranicznym miasteczku Kodeń mija 6 godzin od startu. Zatrzymuję się przed jednym z napotkanych sklepów żeby uzupełnić wodę w bidonach [godz. 15:06-15:11].
6 godzin - 141 km (czas jazdy 5:51, postoje 9 min), średnia 24,1 km/godz.

Zaopatrzony w dostateczny zapas płynów ruszam dalej. Gdzieś przede mną znajduje się pierwszy Pit-Stop w Janowie Podlaskim. Tam będę mógł uzupełnić braki zarówno w piciu jak i jedzeniu. Przyjemność jazdy bocznymi dróżkami psuje co pewien czas powrót na główną drogę. Dolina Bugu to bardzo szerokie pojęcie. Czasami oddalamy się na znaczną odległość od tej rzeki. Lekki sprzyjający wiatr znakomicie ułatwia jazdę.
Mijam Terespol. Odliczam kilometry dzielące mnie od kolejnego miasteczka. Wreszcie jest zielona tabliczka Janów Podlaski. Czujny przejazd jego uliczkami. Wreszcie strzałka i napis na asfalcie informuje jak dotrzeć do znajdującego się w szkole punktu.
W szkolnej sali gimnatycznej, stoły zastawione wszelkimi dobrociami. Samoobsługa. Staram się w miarę szybko opanować sytuację. Nalewam talerz zupy. Później drugie danie: ziemniaki, surówka i kotlet rybny. Bez przesady ten ostatni produkt zastępuję wyciągniętym z tylnej kieszeni koszulki kotletem drobiowym. W międzyczasie sięgam po owoce, ciastka i po to co jeszcze znajduje się na stole. Szkołę opuszczam tak szybko jak tylko się da, czyli po 20 minutach, przed zawodnikami, którzy dotarli tu przede mną. [210 km, godz.18:17-18:38].
W pogodzie zaczyna się rewolucja. W oddali od zachodu pojawiają się początkowo niegroźnie wyglądające ciemne chmury. Wkrótce pojawiają się słabe ale narastające z każdą chwilą rozbłyski zapowiadające nadchodzącą burzę. Z prawej strony od wschodu mogę obserwować barwny zachód słońca i towarzyszące temu zmieniające się kolory nieba. Nieco z tyłu widoczna jest tarcza księżyca. Jestem optymistą, może uda się ominąć nadchodzące opady bokiem. Z telefonu odczytuję alert RCB ale każdy wie, że sprawdzalność tych ostrzeżeń oscyluje w granicach 10%. Wkrótce ślad trasy skręca na zachód skąd nadchodzi kataklizm.
Chmur przybywa. Całe niebo zaczyna rozbłyskiwać i na moment robi się jasno jak w dzień. Profilaktycznie kontroluję mijane wiaty. Wynik penetracji wynosi dokładnie 0 (zero). O ile w niektórych wioskach są nawet przystanki to oczekujących na autobus nie chroni dokładnie nic. Mijam remontowany most na Bugu [20:30, ok. 250 km]. Nadzieja, że burze przejdą bokiem maleje z każdym kilometrem. Przez tereny na których się znajdujemy przetacza się zwarty burzowy front. Zrywające się gwałtowne podmuchy wiatru oznaczają, że jak najszybciej trzeba szukać jakiegoś schronienia.
Wola Nadbużna, dalej przez kilka, kilkanaście kilometrów ciągną się tylko otwarte tereny pól, lasów i łąk. Ta wioska to jedyna szansa by na sucho przetrwać to co jest nieuchronne. Od miejscowych chłopców dowiadujemy się gdzie znajduje się wiata. Duża "wiata ogniskowa" z otworem na szczycie ale bez ścian i tak będzie dostatecznie dobrze chroniła przed deszczem. Ufff!!! Jesteśmy uratowani. [254 km godz. 20:46 (czas 11:36, czas jazdy 11:02, postoje 34 min.)]. Podczas przymusowego postoju mija 12 godzin od startu.
12 godzin - 254 km (czas jazdy 11:02, postoje 58 min., średnia 23,0 km/godz.

Dosłownie po kilku, może kilkunastu minutach spadają pierwsze krople deszczu, a chwilę później rozpoczyna się prawdziwy armagedon. Przez kilkadziesiąt minut woda leje się strumieniami. Przez kolejną godzinę będziemy czekać, aż całkowicie przejdą już mniej intensywne opady. Przymusową przerwę warto wykorzystać na posiłek w cywilizowanych warunkach. Próbuję wykorzystać stracony czas na krótką drzemkę na drewnianym stole. Nic z tego, to nie jest jeszcze mój czas. Pozytywna dla mnie wiadomość to fakt, że druga część trasy wyświetla się na ekranie Garmina prawidłowo. [Wola Nadbużna - godz. 20:46-22:50].
Z niepokojem wsiadam na rower. Jak będzie wyglądało podłoże po takiej ilości wody? Jest źle ale nie tragicznie. Rozmoczone piaszczyste drogi spowalniają jazdę. Kałuże i niewielkie rozlewiska zwykle da się ominąć bokiem. Jest lepiej od oczekiwań. Asfaltowe drogi są jak najbardziej oczekiwane. Przed północą mijam Drohiczyn. [23:50, 270 km]
Wkrótce asfaltowe drogi zaczynają przeważać nad terenowymi. Przy panujących warunkach to całkiem dobra wiadomość. ślad zdecydowanie odbija na północ i oddala się od Bugu. Niezrozumiałe dla mnie posunięcie ma jak najbardziej trywialne wyjaśnienie. Nad rzeką Nurzec (dopływie Bugu) nie ma w tym miejscu żadnego mostu. Najbliższy znajduje się kilkanaście kilometrów dalej w miejscowości Ciechanowiec i tam właśnie zmierzamy. [2:35, 317 km]. W końcowej fazie objazdu rzeki Nurzec w miejscowości Zaszków mija kolejne 6 godzin czyli w sumie 18 godzin od startu.
18 godzin - 324 km (czas jazdy 15:07, postoje 2:53, średnia 21,4 km/godz.

Kilkadziesiąt kilometrów ciągnących się nieprzerwanie asfaltów [306-340 km trasy] pokonywane w godzinach nocnych podczas grawelowego ultramaratonu, to nie jest najlepsze połączeniem. Nuda zabija. Asfalty usypiają. Bezskutecznie walczę z nadchodzącym kryzysem sennym. Próbuję minimalizować straty zatrzymując się jedynie na kilka (3) kilkuminutowe drzemki pod napotkanymi wiatami. Kozarze-Obryte-Kossaki [319-329-333 km]. W sumie 27 minut.
Mostem na Bugu w Nurze [4:16 338 km] przedostaję się na przeciwległy brzeg rzeki. Asfalt znika. Czujna jazda gruntową drogą wzdłuż nadbużańskich wałów sprawia, że znika również senność. Nasycone wodą podłoże spowalnia jazdę. Z utęsknieniem czekam na punkt najbardziej na zachód oddalony od mety w Melniku. Wtedy zmienię kierunek jazdy i wizualnie zacznę się zbliżać do celu. To 350 km trasy więc do mety zostało już zaledwie 200 km.
Minęła godzina 5 więc powoli rozwidnia się i jazda stanie się przyjemniejsza. Opuszczam nadbużańską drogę wzdłuż wałów. Asfalt. Dobra (chyba) szutrówka przez las. Kolejny punkt żywnościowy w Sterdyniu odległy jest o ponad 5 kilometrów od trasy którą pokonujemy. Nie ma powodu by go nie odwiedzić chociażby dlatego, że przejazd po śladzie jest obowiązkowy. Można tam będzie napić się, coś zjeść i uzupełnić bidony, a nawet w cywilizowanych warunkach przespać się. 10 km asfaltowej drogi nie jest zbyt dotkliwą szykaną.
Posilam się, uzupełniam bidony. Chociaż wcześniej tego nie planowałem decyduję się na krótką drzemkę na jednym z rozkładanych łóżek przygotowanych na sali gimnastycznej. Chwila odpoczynku przed pokonaniem dzielącym mnie od mety dystansem z pewnością się przyda. Lepiej zrobić to teraz niż gdzieś na trasie. [376 km, godz. 6:45-7:42)].
Wg regulaminu wszelkich ultramaratonów obowiązuje (i słusznie) zasada samowystarczalności. Może nie jest to najszczęśliwsze określenie w sytuacji gdy większość organizatorów zapewnia dodatkowe punkty wspomagające na trasie. Moja samowystarczalność na trasie URDB ograniczyła się do zakupu 1 litra wody. No i jeszcze drobiazg, na punkcie w Janowie Podlaskim zmuszony byłem samodzielnie nalać na talerz zupy i nałożyć drugie danie.
Naprzemienna jazda podmokłymi drogami wzdłuż wałów oraz asfaltami przez nadbużańskie wioski, na tym etapie zmagań nie pozostawia zbyt wielu wspomnień. Namacalnym faktem który można odczytać po analizie zapisanego śladu jest to, że na wysokości wioski Krzemień Zagacie mijają 24 godziny od startu
24 godziny - 403 km (czas jazdy 19:47, postoje 4:13, średnia 20,4 km/godz.

400 km przejechane podczas gravelowego maratonu przy dwugodzinnym przymusowym postoju to dla mnie bardzo dobry wynik. Można by się zastanowić czy tak powinna wyglądać grawelowa trasa. Wyjaśnienie zdaje się oczywiste. Przy rosnącej ilości imprez i rosnącej konkurencji, organizatorzy muszą walczyć o klienta. Wiadomo większość lubi żeby było lekko, łatwo i przyjemnie i tak właśnie wygląda trasa URDB jak zresztą i wielu innych mniej ważnych imprez. Żeby utrzymać frekwencję, wprowadza się dodatkowo wiele krótszych dystansów, które z ultramaratonami nie mają wiele wspólnego. Teoretycznie miały przygotować uczestników do startu na głównym dystansie. W praktyce efekt jest odwrotny i wielu ultramaratończyków wybiera właśnie krótszy dystans. Warto poszukać imprez, które temu trendowi nie ulegają.
Nadmiar asfaltów na tym odcinku trasy rozleniwia. Ponownie przekraczam most nad Bugiem (Kózki-Turna Mała). Tym razem wiem, że nie muszę czekać w ruchu wahadłowym ale mogę ominąć korek bokiem [446km, godz. 11:41]. Do mety pozostaje niewiele ponad 100 km więc jeżeli nic się nie zmieni to będzie tylko formalność.
Lekko, łatwo i przyjemnie jedzie się jedynie przez kilkanaście kilometrów. Mijam Moszczone Królewską i zaczyna się koszmar. Długa, łagodnie wznosząca się gruntowa droga na skraju lasu i pól jest już dostatecznym wyzwaniem. Łachy piachu wyschniętego już po wczorajszych opadach i prażące słońce nie ułatwiają zadania. Dalej jest już tylko gorzej. Piachy i wypych roweru pod najwyższe wzniesienie. W końcu wypłaszcza się ale jazda podrzędnymi leśnymi i takimiż polnymi drogami spowalnia, irytuje i daje się mocno we znaki. Na początku trasy dałoby się je pokonać nie zauważając trudności.
Trudny odcinek ciągnie się w nieskończoność. Plan sprawnego pokonania końcówki i szybkiego dotarcia do mety staje się nieaktualny. Kiedy teraz spoglądam na mapę jestem zdziwiony, że ten wredny odcinek wcale nie był tak długi. Wreszcie pojawiają się leśne szutry i asfaltowe drogi. Mija 30 godzin od startu
30 godzin - 500 km (czas jazdy 25:25, postoje 4:35, średnia 19,7 km/godz.

50 kilometrów jakie dzieli mnie od mety w Mielniku oznacza, że to już finisz. Teraz jedzie się już bardzo przyjemnie. Niecierpliwię się tylko, że dystans dzielący mnie od mety zmniejsza się tak bardzo powoli. Wreszcie jest. Czas 32 godz. 37 minut pozwala mi na zajęcie przyzwoitego 11 miejsca wśród 26 zawodników, którzy pojawili się na starcie i 22 którzy ukończyli zmagania. Do miejsca w 10 zabrakło 0,5 godziny.
Meta (Melnik) godz. 17:47 - dystans 552,1 km, czas trasy 32:37
Statystyka maratonu:
Dystans 552,1 km
Czas trasy 32:37
Czas jazdy 27:56
Postoje 4:41
Prędkość śr. 19,8 km/godz.
Miejsce 11 (z 26)
Odcinki 100 kilometrowe
0-100 - 4:03-4:01-0:02 - 23,9
100-200 - 4:36-4:29-0:07 - 22,3
200-300 - 7:48-5:19-2:29 - 18:8
300-400 - 7:20-5:46-1:34 - 17,3
400-500 - 6:10-5:48-0:22 - 17,3
500-552 - 2:38-2:33-0:05 - 20,4