
.
Z niepokojem czekam na kolejną edycję zimowej imprezy. Jakie warunki na trasie będą tym razem? Obawiam się, że może być sucho i słonecznie, a impreza zamieni się w kolarski wyścig, podczas którego nie będę miał szans rywalizować z szybszymi młodymi zawodnikami. Podczas piątkowego rekonesansu widzę zalane wodą pola ale przy bezchmurnym niebie słońce już przyjemnie grzeje w plecy. Bez obaw. Prognozy od kilku dni są nieubłagane, nad kraj nadciąga niż i "tradycyjne" załamanie pogody: sIlny wiatr i wszelkiego rodzaju opady. Podłoże już i tak po wcześniejszych roztopach nasycone jest wodą.

Tym razem formuła imprezy zmienia się z oficjalnego wyścigu na mniej formalną "ustawkę". Zmiana w wielu aspektach dla jej uczestników niezauważalna. Tak jak dotychczas każdy otrzymuje tracker pozwalający na śledzenie rodzinie, znajomym i kibicom położenia każdego zawodnika na trasie zawodów. Tak jak podczas poprzednich edycji sponsorzy zapewniają posiłek po powrocie z trasy oraz nagrody dla najlepszych ale również losowanie nagród dla pozostałych uczestników. Minusem jest brak wyjątkowej urody medali. Plusem brak opłaty startowej. Mimo wszystko koszty, jak będzie można usłyszeć na mecie, to zakup nowych klocków hamulcowych. Przy panujących warunkach sprawdziły się jedynie V-brake.
Zgodnie z zasadą, że nie ma złej pogody na rower może być tylko nieodpowiednie ubranie zaczynam staranne przygotowania na czekający mnie armagedon. Posuwając się od dołu zakładam: 1) wodoodporne skarpety, 2) termoaktywne getry i nieodzowne jeansy (niestety nie z Geretexu), 3) nakolanniki uszczelnione od wewnątrz workami foliowymi, 4) termoaktywną koszulkę, cienką obcisłą koszulkę sportową, cienką kurtkę i wreszcie wiekową (kupioną na MRDP 2017), a więc nie do końca szczelną wodoodporną kurtkę, 5) kominiarkę i wycięty z foliowego worka kaptur, 6) polarowe a więc łatwo nasiąkające wodą rękawiczki. Tu widzę największy problem. Na wszelki wypadek biorę dodatkowe 2 pary. Uprzedzając fakty, nie wykorzystam ich bo mimo wszystko było dość ciepło.
Na trasę ruszam z nr 43, a więc w jednej z ostatnich 5 osobowych grup. (godz. 9:24). Szybko do przodu wyrywa się Bartek Mucha. To jeden z zawodników spośród tych, którzy mogą walczyć o zwycięstwo. Na zmianę siąpi, pada, sypie śnieg, lub deszcz ze śniegiem. Panujące warunki sprawiają, że bez problemu pokonuję pierwszy piaszczysty, więc nieprzejezdny w normalnych warunkach odcinek pomiędzy rzeką Jasień a skrajem lotniska [3-4 km].

Wkrótce pojawiają się pierwsze błotniste odcinki nad Nerem [6 km]. Szczególnie podmokły jest teren w okolicy kładki. Zaskakuje poziom wody wypełniającej po brzegi koryto rzeki i zbliżający się do krawędzi mostka. To początek imprezy, więc siły pozwalają pokonać ścieżkę wydeptaną w poprzek błotnistej łąki bez zsiadania z roweru [8 km]. Gorszą sytuację widziałem na tej rzece któregoś roku w Charbicach poniżej Lutomierska. Wtedy zbierająca wodę niemal z całego miasta rzeka rozlała się na okoliczne łąki i zalała odległą o 200 metrów asfaltową drogę.

Wkrótce nadchodzi czas na mały "relaks". Kolejno: ścieżka rowerowa wzdłuż Stawów Stefańskiego [9 km], Las Popioły [11 km], ścieżka wzdłuż nowego odcinka trasy Górna [14 km]. Kilkanaście kilometrów z nadreprezentacją podłoża asfaltowego lub inaczej utwardzonego pozwala złapać oddech. Początkowy odcinek pokonujemy ze sprzyjającym lub bocznym nie utrudniającym jazdy wiatrem. Nawet fakt, że niewielki deszcz przemienia się w śnieg lub śnieg z deszczem nie stanowi (dla mnie) szczególnej szykany. W pewnej chwili jestem nawet lekko przegrzany i przez chwilę odzież zaczyna nasiąkać potem. Szczęśliwie nie wpadam na pomysł by się rozbierać czy nawet rozpinać. Wystarczy jechać dalej bez zatrzymywania by nie wychłodzić rozgrzanego organizmu. Gdy tylko zmienię kierunek jazdy i śnieg będzie sypał prosto w twarz, szybko nadmiar ciepła ulotni się.
Przez pierwsze kilkanaście kilometrów kilkakrotnie spotykam się i jadę razem z Przemkiem Matyjaszczykiem. który wystartował kilka minut później. Nawet krótka wymiana zdań jest utrudniona ze względu na otulający moje uszy foliowy kaptur (jestem w ten sposób trochę przygłuchy). Zjazd w dolinę niewielkiej rzeczki Augustowianki i sielanka się kończy. Na przeciwległym zboczu w dzielnicy przemysłowej zaczyna się hardkorowy odcinek - coraz grubsze pokłady błota na gruntowej drodze rozbełtane przez pojazdy z mieszczącej się obok firmy transportowej [23 km]. Pomimo usilnych starań nie udaje mi się pokonać całości tego krótkiego odcinka w siodle. Mocniejszych ode mnie zawodników nierówna droga i pokłady błota prędzej czy później również zatrzymywały. To praktycznie jedyny odcinek na trasie gdy błoto zmuszało mnie do spaceru (a właściwie do brodzenia w błocie). Kolejną grupę rowerzystów pozostawiam z tyłu. Ilu jeszcze pozostało przede mną? - w pewnym momencie straciłem rachubę i przestałem liczyć.

Rachityczne laski na skraju osiedla Olechów, szklarnie Janów. Ścieżka wzdłuż ul.Rokicińskiej. Śnieg zaczyna mocniej sypać. Zmiana kierunku i jazda pod wiatr sprawia, że pada poziomo prosto w twarz. W końcu jest: wiadukt pod torami kolejowym na ul. Niciarnianej [32 km]. Pokonanie symbolicznej 1/3 trasy napełnia mnie optymizmem. Po raz pierwszy dzisiejszego dnia nabieram pewności, że dojadę do mety.
Żwirowisko Stoki [37 km]. Pierwszy, łagodny jeszcze podjazd. Woda spływa wyżłobionymi w żwirowej drodze koleinami. Podjazd nie jest szczególnym wyzwaniem. Problemem staje się stan klocków hamulcowych, a właściwie nadchodzący szybko moment gdy znikną na zawsze. Problem tym większy, że największe podjazdy (i zjazdy) dopiero przede mną. Brak hamulców nie może być pretekstem by przedwcześnie zjechać z trasy. Nigdy do tej pory nie miałem okazji by zastosować wyjście awaryjne. Na nierównej gruntowej drodze zamiast hamulców zaczynam ograniczać prędkość zjazdu piętą lewej nogi. Opanowanie tej umiejętności przyda się na dalszych odcinkach.
W miarę szybko i sprawnie przekraczam ul. Brzezińską - ruchliwą wylotową drogę w kierunku Rawy Mazowieckiej. Kilka kilometrów dalej mijam najwyższy punkt na dzisiejszej trasie przejeżdżając obok leżącego już poza granicami miasta tzw. wzgórza radarowego [41 km]. W dawno minionych czasach było to miejsce zagłuszania polskojęzycznych rozgłośni. Od dawna jest już w służbie cywilnej. Podjazd kiepską asfaltową drogą w kierunku wzniesienia jest niemal niezauważalny, bo i tak wcześniej znalazłem się na znacznej wysokości. Jadąc grzbietem wzniesienia (ul. Nad Niemnem), przejeżdżam tuż obok niemieckiego bunkra z II wojny światowej [43 km]. To nowy odcinek na trasie "setki". W przeciwnym kierunku pokonywałem go podczas pierwszej edycji Watahy.
Na krótkim odcinku poznaję wszelkiego rodzaju nawierzchnie. Zaczyna się od odcinka asfaltowego, utwardzona droga do położonych obok zabudowań, mniejsze lub większe pokłady błota, niewielkie rozlewiska. Najgorsze są niby suche ale nasączone wodą piachy i gleba. Mam wtedy wrażenie, że ktoś przytrzymuje mnie za siodełko albo, że jadę na zaciśniętych hamulcach. Psycha siada bo wkładanie w jazdę maksimum energii nie daje spodziewanego efektu. Czuję się jak mucha w smole. Wreszcie wredna droga kończy się i mam nadzieję, że bez dodatkowych przeszkód dotrę do pierwszego większego podjazdu.
Nic z tych rzeczy. Sprawnie zjeżdżam mokrymi ale utwardzonymi uliczkami na obrzeżach miasta. Na końcu jednej z nich (ul. Łodzianka) [45 km] pojawia się długie na ponad 20 metrów rozlewisko. Z lewej strony możliwości manewru ogranicza ogrodzenie z prawej utrudnia zakrzaczony skwer. Na początku zawodów miałbym do rozwiązania problem. Teraz gdy już wielokrotnie przejeżdżałem przez mniejsze lub większe kałuże, nawet przez chwilę się nie zastanawiam. Nieznacznie zwalniając zanurzam się w wodzie. Początek jest nawet obiecujący, Kilkucentymetrowa warstwa wody i twarde podłoże gruntowej drogi. Po kilkunastu metrach dno obniża się. Kiedy woda zaczyna wlewać się do butów jest już za późno na jakąkolwiek reakcję.Chwilę później woda sięga osi kół i zaczyna wlewać się od góry do wodoodpornych skarpet. Uff! Wreszcie jestem na stałym (co nie znaczy że twardym) lądzie.
Przekraczam ul. Strykowską - kolejną ulicę wylotową z miasta, a przede mną pojawia się widok na górę "śmieciową" na Rogach [46 km]. Młodsi zawodnicy tego nie pamiętają ale to jedno z trzech sztucznych wzniesień usypanych w czasach PRL-u z wywożonych z miasta odpadów. Prawda, że imponująca góra śmieci? Przed skrętem z ul.Łupkowej w kierunku podjazdu po raz kolejny pojawia się Mario - organizator. Tym razem nie jako cerber pilnujący przestrzegania regulaminu na skrzyżowaniach z czerwonym światłem i wlepiający odpowiednie kary czasowe. Mnie udaje się złamać ten punkt regulaminu na jednym z nie pilnowanych skrzyżowań z ul.Pabianicką. Mario zaprasza mnie na gorącą herbatkę. Z wielu względów muszę zrezygnować z kuszącej propozycji. Po pierwsze, każdy postój grozi wychłodzeniem organizmu (ubrany jestem optymalnie by być w ruchu). Po drugie, zwykle postój planuję po pokonaniu pierwszych 150-200 km, Po trzecie, biorę udział w wyścigu, gdzie każda minuta się liczy. Po czwarte, herbata (co prawda zimna) wypełnia też mój litrowy bidon.

Szutrowa ścieżka prowadząca na szczyt góry śmieciowej "wchodzi" bez problemu. Widok fotografa wymaga by zrobić to z uśmiechem na twarzy. Przede mną najbardziej (jak się później okaże) wymagający zjazd. Przy sprawnych hamulcach nie pozostałyby nawet wspomnienia. Kiedy hamuje się piętą,i zjazd jest dużo bardziej ekscytujący. Zjeżdżam w dolinę Bzury w jej początkowym biegu i za chwilę zanurzam się w ostępach Lasu Łagiewnickiego.
Staranna nawigacja po krętych łagiewnickich ścieżkach w pewnym momencie kończy się, [49 km] Ooops! Chyba wypadłem z trasy. Dokładnie w tym samym miejscu opuściłem ślad w ubiegłym roku. Wtedy przedzierałem się w śniegu do równoległej ścieżki na skróty przez las. Teraz wracam by znaleźć właściwą ścieżką. W tym miejscu mój Etrex nieco głupieje i poszukiwania przedłużają się. Podobnie będzie się zachowywał w okolicach szpitala w Łagiewnikach ale tam bardziej starannie pilnowałem śladu i udało się przejechać bez błądzenia. Nie wiem jakie problemy miał wcześniej Przemek zostając z tyłu ale właśnie teraz do mnie dołączył i szybko pomknął do przodu.
Niewielki skrót przy wyjeździe z lasu na ul.Okólną [50 km]. To oznacza, że właśnie mija półmetek zawodów. Trochę kręcenia się gruntowymi drogami po dalekich peryferyjnych okolicach miasta, dawniej podłódzkich wiosek.Tu znajduje się jedno z nielicznych (a może jedyne) miejsce gdy Setka po Łodzi przekracza granice miasta.

Wracam do Lasu Łagiewnickiego gdzie znajduje się najtrudniejszy odcinek trasy - 2(3) podjazdy, których przy panujących warunkach nie da się pokonać nie zsiadając z roweru. Na początek najdłuższy podjazd i najwyższe wzniesienie - Góra Dirtowa 252 m - na prowadzącej przez las trasie [56 km]. Na podjeździe doskonale widzę przed sobą dwie zmagające się z nachyleniem postacie. Ambitnie staram się pokonać przeszkodę "w siodle". Nie udaje się, w takim miejscu wystarcza odrobina błota, śniegu czy wilgotnych liści by koło zabuksowało a rower zatrzymał. Nie pozostaje nic innego jak pokonanie dzielącego mnie od szczytu wzniesienia "z buta".
Na odległym o kilka kilometrów "stoku narciarskim" [60 km] sytuacja się powtarza. Nie docieram na rowerze nawet do połowy podjazdu. Podjazdy (podchody) pod łagiewnickie wzniesienia mocno nadszarpnęły moje siły. Wlokę się po pofałdowanym miękkim podłożu marząc o tym kiedy to się wreszcie skończy. Przecież te wcześniejsze błota nie były aż tak złe. Oczekuję, że wypłaszczenie trasy pozwoli by organizm szybko doszedł do siebie, a ja odzyskam utracone siły i chęć do dalszej jazdy. Nawet wiem kiedy koszmar jazdy przez Łagiewniki się skończy. Dawna skocznia narciarska na Górze Kościelnej [61,5 km]. Krótkiego podejścia nawet nie próbuję pokonywać rowerem.
Przejazd przez dalszą bardziej płaską część podmiejskiego lasu. Zjazd do łódzkiego kąpieliska w Arturówku sprawia, że wraca dość szybko przyjemność z jazdy. Dla równowagi nadchodzi psychiczne (nie fizyczne) znużenie. Percepcja otoczenia zmniejsza się. Coraz mniej szczegółów spostrzegam i zapamiętuję z dalszej jazdy. Wiadomo, że błoto, że kałuże, a nawet odcinki asfaltowe przeplatają się ze sobą ale wszystko zaczyna zlewać się w jedną całość. Pomimo usilnego wpatrywania się w ślady opon pozostawionych przez moich poprzedników nie mogę się dopatrzeć ich więcej niż 4, 5 może 6. Gdzie się podziało kilkadziesiąt osób które na trasę wyruszyło przede mną? A może to ja mam już problemy ze wzrokiem?
Punkt stały najbardziej charakterystyczny którego nie można nie odnotować w pamięci, to przejazd nad torami obok stacji Radogoszcz Zachód. Przejazd na tyle warty odnotowania, bo to 70 km trasy, a więc do mety pozostaje jedynie ostatnia 30-tka. Dobrą wiadomością jest fakt, że wjeżdżam na odcinek w zdecydowanej części pokonywany ze sprzyjającym wiatrem. Padający z tyłu deszcz przestaje być aż tak upierdliwy. Zresztą intensywność opadów zmniejsza się lub wręcz przestaje padać. Rękawiczki z ociekających wodą robią się jedynie nieco wilgotne.
Ostatnie wyzwanie to stromy wyjazd z doliny Sokołówki po betonowych płytach ul. Pabianka [71 km]. Być może to sprzyjający wiatr sprawia, że czuję się mile zaskoczony. Przeszkodę, z którą męczyłem się podczas minionych edycji pokonuję niemal niezauważalnie i bez nadmiernego wysiłku.
[79 km] To gdzieś w tym miejscu podczas edycji z 2023 r. miałem awarię pożyczonego roweru. Truchtanie pieszo zajęło mi wtedy nieco więcej czasu. Teraz mam sprawny rower, więc przejazd znanej trasy trwa dużo krócej. Z niecierpliwością czekam na największą atrakcję zawodów - rozlewisko na ul. Pontonowej [83 km]. Niewielkie rozlewiska na łące pojawiają się jeszcze przed mostkiem nad Jasieńcem. Chociaż pokonuję je z największą ostrożnością cudem ratuję się przed poślizgiem na zalegającej na dnie warstwie ubitego śniegu i upadkiem.

Moje nastawienie by właściwą przeszkodę pokonać bez zsiadania z roweru zostaje bardzo mocno naderwane. Widok wielkiego (większego niż do tej pory) rozlewiska z widocznymi płatami śniegu, skutecznie leczy mnie z tego idiotycznego pomysłu. Z daleka widzę Bartka z rowerem na plecach, zapętlił się na polu po prawej stronie drogi. Kolego, tędy to nigdy ci się nie uda. Jedyna skuteczna droga to porośnięte trawą nieużytki po przeciwnej stronie drogi. Brodzenia w wodzie uniknąć się nie da, przez kilka metrów woda sięga kostek, ale to nie to samo co ubijanie błota na zaoranym polu.
Najtrudniejsza ale najciekawsza przeszkoda pokonana. Pozostaje do przejechania kilkanaście nudnych w tej sytuacji kilometrów, dzielących mnie od mety. Z szybkością o jakiej ja mógłbym tylko pomarzyć mój towarzysz wyrywa do przodu. Ja swoim dużo niższym tempem będę samotnie zmierzał do celu. W świetle dnia sprawnie odkrywam niuanse krętej ścieżki przez las na Brusie.
Dla osoby mającej parcie na szkło, miłym urozmaiceniem jazdy jest obecność na trasie fotografów. Jadąc uliczkami osiedla Smulsko [91 km], mijam pierwszego z nich. Młody robi mi zdjęcie, które wykorzysta później jako mem. Kolejny (oficjalny fotograf) zaczaił się kilometr dalej w okolicach stawów Uroczyska Lublinek. Tak jestem zauroczony widokiem skierowanego we mnie obiektywu, że mylę trasę ale to okazja do kolejnego zdjęcia. Świadomość, że do mety pozostało już tylko kilka kilometrów sprawia, że jazda to już czysta przyjemność Na końcowej asfaltowej ścieżce trzeba tylko bardzo uważać, bo hamowanie piętą na mokrym asfalcie nie jest natychmiastowe.

Przed upływem 6 godzin od startu melduję się na mecie zawodów. Swój najlepszy czas z 2022 roku poprawiam o 5 minut a to oznacza, że tegoroczna edycja była najszybszą i najlepiej przejezdną z dotychczas rozegranych. Czas postojów (5 min.) ograniczył się jedynie do wymagań regulaminowych (czerwone światła) i względów bezpieczeństwa (przekraczanie ruchliwych dróg).
Zawody kończę na 6 pozycji, tracąc do zwycięzcy aż 52 minuty ale do 3 i 4 miejsca jedynie 11. Przemek (wyprzedza mnie na mecie 11 minut) przegrywając jedynie o kilkanaście (14) sekund miejsce na podium. Bartek mający jakieś problemy ze sprzętem zamiast walki o zwycięstwo musi zadowolić się 5 pozycją meldując się na mecie 7 minut przede mną.
Statystyka:
Dystans: 99,2 km
Czas trasy: 5 godz. 57 min.
Czas jazdy: 5 godz. 52 min.
Czas postoi: 5 min.
Prędkość śr.: 16,9 km/godz.
Miejsce 6/42

Starsi (stażem) ultrasi dopatrują się jednak braków w moim ubiorze - A gdzie flanelowa koszula ?
