
.
Po dużej ilości imprez jakie odbywały się niemal przez cały sezon, wrzesień ma nieco mniej do zaoferowania. Właściwie to dużego wyboru nie ma - jest Robinsonada Łódzka. Już na wstępie impreza ma dla mnie jedną niepodważalną zaletę - start odbędzie się gdzieś na terenie miasta. Wreszcie nigdzie nie muszę jechać, a koszty udziału w zawodach mogę obniżyć o koszty dojazd na drugi koniec kraju i niezbędne noclegi.
Dla ultrasów do wyboru jest zaledwie jedna trasa - pomarańczowa 500-tka. Dystans 500 km po województwie łódzkim nieodparcie kojarzy się z inną imprezą czyli odbywającą się od kilku lat Galantą Pętlą. Jak wypadnie porównanie łódzkich i mazowieckich organizatorów przekonam się już niebawem.
Dojazd z domu na start to zaledwie 2,5 km, najbliżej spośród wszystkich imprez w jakich brałem udział. Najkrótszy dojazd omija główne ulice prowadząc przez tereny planowanej wewnętrznej obwodnicy miasta. Jadę po budowanej właśnie, na razie wysypanej tłuczniem ścieżce rowerowej. Czy na takiej nawierzchni można utracić przerzutkę? Niemożliwe staje się faktem. Nieco później uświadamiam sobie, że przyczyny tego zdarzenia trzeba szukać nie we wstrząsach wywołanych jazdę po tłuczniu ale kilka dni wcześniej, kiedy w napędzie ląduje gruby patyk. Wstrząsy tylko dokończyły robotę.

Odpowiedź na pytanie dotyczącą urwanej przerzutki: tragedia czy szczęśliwy traf wydaje się w tej sytuacji oczywista. Gdyby awaria zdarzyła się już na trasie nie miałbym szansy ukończyć maratonu.
Do serwisu rozpoczynającego pracę o 10 podjeżdżam 20 minut wcześniej. Okazuje się, że w tym samym czasie pojawia się serwismen. Szybka wymiana przerzutki i jadę w kierunku odległego o kilka kilometrów startu. Bez zbędnych formalności pobieram tracker od Pawła Janika organizatora BBT, użyczającego system monitoringu dla innych podmiotów. Po chwili, punktualnie o godz. 10:40 czyli 4 godz. i 20 minut po planowanym początkowo czasie wyruszam na trasę. Przy dozwolonym limicie 75 godzin nie ma to znaczenia - tyle czasu na trasie, to z pewnością nie zamierzam spędzić.
Dopiero kilka godzin później dociera do mnie, że na trasie to jestem tak jakby nielegalnie. Obowiązkiem każdego z uczestników jest przecież podpisanie obdarowanego różnymi zastrzeżeniami oświadczenia. W pośpiechu poszedłem za bardzo na skróty. Oczywiście, że na tyle długo biorę udział w rowerowych imprezach i na tyle szanuję wysiłek organizatorów, że takie oświadczenie nie wydaje się niezbędne i mógłbym podpisać je już po zakończeniu imprezy.
Niezauważony przez nikogo ruszam na trasę. Na początek krótki "odcinek bezpieczeństwa " - kontrolowany przejazd przez miasto. Nie można go pokonać szybciej niż przez 35 minut. Sankcje grożące za to przewinienie wyjaśnione są w komunikacie startowym dość niejasno ale przecież aż tak się nie śpieszę. Plus/minus mieszczę się w wyznaczonym limicie.
"Start ostry". Przede mną dobrze znane tereny leśne. Las Gałkowski, rezerwat Łaznów oraz lasy ciągnące się prawie nieprzerwanie od Koluszek do Tomaszowa i dalej nad Zalew Sulejowski. Tereny znane z indywidualnych wycieczek, ustawek lub maratonów, chociażby z Watahy czy imprez organizowanych przez Mario. Tereny znane, jednak pewne rozwiązania zupełnie niekonwencjonalne. Pokonując niby dobrze znane tereny, przez cały czas zauważam takie fragmenty, które łodzianin poprowadziłby zupełnie inaczej. Trudno ocenić lepiej czy gorzej - inaczej.
W środku bezchmurnego i upalnego dnia lasy stanowią doskonałą ochronę przed słońcem Nie bez znaczenia jest też nie sprzyjający jeździe ale chłodzący wiatr. Większym problemem przy tak intensywnym oświetleniu jest słaba widoczność trasy na ekranie Etrexa.
Mocno naciskając na pedały od początku myślę o tym kiedy zacznę wyprzedzać pierwszych zawodników, którzy na trasę wyruszyli ponad 4 godziny wcześniej. To, że tak się stanie jest przecież pewne. Niektórzy z góry zakładają rekreacyjną jazdę i noclegi, na co pozwala przecież ponad 3 dniowy (75 godzin) limit.
Na początek trochę zbyt wcześnie umiejscowiony bufet. Luboszewy (70 km). Uzupełniam zapasy wody, wrzucam na szybko coś na ząb i rozglądam się za plastikową butelką, która zastąpi uszkodzony bidon. Przy panujących warunkach 2 litry płynów może okazać się ilością niewystarczającą gdy, zanurzając się w rozległe tereny leśne, na dłuższy czas opuszczę tereny cywilizowane.
Chociaż od dawna oczekuję na pierwszego napotkanego zawodnika tuż przed wjazdem do Smardzewic zaskakuje mnie widok gościa w kasku i z numerem na kierownicy. Pokonanie 93 km zajmuje mi niewiele ponad 4 godziny, przy szybkości średniej 23,5 km/godz i 10 minutowym postoju. Mijany biker potrzebował na to 2 razy więcej czasu. Każdy jedzie tak jak mu najbardziej odpowiada i na ile pozwala regulamin imprezy. Na zdjęciach z imprezy widzę, że on swoim tempem również dotarł do mety.

Ślad skręca prosto na południe. To oznacza, że na terenach bezleśnych porywy wiatru będą moim przeciwnikiem. Bez dramatyzowania. Niemal przez cały czas jedziemy lasami i to w większości dobrymi szutrówkami. Z niecierpliwością wypatruję kolejnych zawodników. Przedbórz - ostatnia duża miejscowość przed nastaniem zbliżającej się nocy. Ostatnia szansa by uzupełnić zapasy jedzenia i picia. Na liczniku odczytuję 180 km, pokonany w ciągu 8 godzin i 20 minut (postoje 30 min. średnia 23,0 km/godz.).
Kilkadziesiąt kilometrów dalej okaże się że pełna aprowizacja była jak najbardziej uzasadniona. Przez chwilę będę krążył główną ulicą Twardej w poszukiwaniu umiejscowionego tam PIT Stopu. Widząc bezsens tych poszukiwań bez chwili wahania ruszam w dalszą trasę. Posiadane zasoby napojów powinny wystarczyć do momentu gdy się rozwidni i będzie można rozglądać się za jakimkolwiek sklepem.
Kilkunastominutowy odpoczynek w sklepie i pod sklepem niewiele pomaga. Ruszam do wysuniętego najdalej na południe punktu trasy i jedzie mi się wyjątkowo wrednie. Zmęczenie, odkryty teren i przeciwny wiatr, a może fakt, że dążę do osiągnięcia najwyżej położonego punktu Robinsonady Łódzkiej? W tym negatywnym obrazie pojawia się też światełko w tunelu - światełko zawodnika, który męczy się podobnie jak ja, tylko robi to znacznie wolniej.
Wreszcie jest ten pozytywny moment - osiągam najbardziej na południe wysunięty punkt trasy [godz. 19:30]. Gdyby nie fakt, że teraz zagłębię się w rozległe obszary leśne, moim sprzymierzeńcem byłby dość silny wiatr. Przede mną mrugające czerwone światełka. Szybko mijam jednego z zawodników, z drugim też nie ma większego problemu, wprowadza właśnie rower pod lekko nachylony podjazd szutrowej drogi. Mnie takie wypych też czekają ale dopiero pod koniec imprezy. Przez dłuższy czas jadę rozmawiając z mocniej obładowanym gościem. Ma ze sobą namiot więc pewnie za chwilę będzie szukał odpowiedniego miejsca na jego rozbicie. Większej ilości mijanych bikerów nie pamiętam. Pewnie część mijałem odpoczywających obok drogi lub robiących zakupy w napotkanych sklepach.
Przez całą noc i znaczną część dnia, będę walczył z trasą i nie tylko z nią całkowicie sam. Długie, mam wrażenie że niekończące się leśne szutrowe drogi rabunkowe przeplatają równie nudne asfalty. W takich warunkach znużenie daje o sobie znać i dopada mnie najgroźniejszy nocny przeciwnik - senność. Przysypiając dociągam do pierwszej napotkanej wiaty autobusowej. [Unewel 258 km 22:50] Zwykle 5 minutowa drzemka wystarcza by zwalczyć sennego potwora. Nie tym razem. Wkrótce sytuacja się powtarza. Kolejna 5 minutowa drzemka tuż za granicami województwa [Osse 294, godz.1:05].
Nawet gdybym chciał sobie pozwolić na dłuższą przerwę, nie mogę. Na nogach zamiast tradycyjnych jeansów mam jedynie krótkie ocieplacze na kolanach. Górę ochrania cienka wiatrówka. Przez znaczną część nocy i poranka jadę na granicy komfortu cieplnego. Tylko jazda bez zatrzymywania, pozwala tej granicy nie przekroczyć.
Trzeciej próby walki z sennością nie będzie. Jadąc wąską szutrówką z poboczami porośniętymi roślinnością na chwilę zamykam oczy (same się zamykają). Zjeżdżając lekko na bok drogi zahaczam o rosnące krzaki jeżyn, tracę równowagę i przewracam się uderzając głową o podłoże. Wstaję i otrzepuję się. Szybka kontrola nie stwierdza obrażeń ciała ani uszkodzeń roweru. Mogę jechać dalej. Wkrótce wyjdą pozytywne elementy tego zdarzenia - nagle męcząca mnie senność znika i już nigdy tej nocy się nie pojawi.
Już w domu wyjdzie jeszcze jeden aspekt tego zdarzenia - pęknięty kask. Bez tragedii. No bo w końcu ile można jeździć w tym samym hełmie na głowie. Kilkanaście lat jest wystarczającym okresem. Moda, również jeżeli chodzi o taki sprzęt idzie do przodu, jest też okazja by wreszcie zmienić kolor nakrycia głowy.
Z niecierpliwością oczekuję przeprawy przez Pilicę, czyli najbardziej na zachód wysuniętego punktu trasy. Kiedy znajdę się na drugim brzegu rzeki do mety pozostanie mniej niż 200 km, czyli końcówka maratonu. Mijam jakieś rozświetlone miejscowości. Przyjemność jazdy zupełnie nowym, równiutkim asfaltem przerywa defekt. Ciemny las, wąska obrośnięta krzakami droga nie jest najszczęśliwszym miejscem na wymianę dętki. Marząc o kolejnej wiosce z oświetloną wiatą przez kilkaset metrów prowadzę rower. Odwlekając to co nieuchronne. Działanie zupełnie bez sensu. Kiedy pojawia się skrzyżowanie z równie wąską leśną drogą zatrzymuję się. Po dłuższej chwili awaria naprawiona, mogę jechać dalej.
Kolejna awaria i wymiana dętki w drugim kole odbędzie się już w dużo bardziej komfortowych warunkach. To dobrze znany sztuczny zbiornik wodny Chociszew-Lesisko [390 km]. Ławeczka nad jego brzegiem. Grzejące w plecy słoneczko [właśnie minęła 8 godz.]. Po wymianie można umyć ręce i na spokojnie zjeść coś na śniadanie. Całość zajmuje (aż) 18 minut.

Przejeżdżam przez znany mi most i rozpoczynam jazdę po przeciwległym brzegu Pilicy. W ciemnościach mijam uśpione jeszcze Nowe Miasto. Wkrótce kończę krótki pobyt w woj. mazowieckiem. Kiedy dojeżdżam do Inowlodza robi się na tyle widno że mogę zrezygnować z oświetlenia. Wraz ze zbliżaniem się do Łodzi rozpoczynają się coraz bardziej znane mi tereny.
Przede mną doskonałe szutrowe drogi rabunkowe Spalskich Lasów. Jak już o tym wspominałem na początku, wybór przez kolegów z sąsiedniego województwa niektórych dróg również tutaj mnie zaskakuje. Cóż nawet w znanym terenie można się czegoś nauczyć.
Opuszczam zwarte kompleksy leśne już na zawsze i ponownie kieruję się na wschód. Celem będzie (zupełnie bez potrzeby) Rawa Mazowiecka. To tu planowałem uzupełnić zapasy wody i jakiś prowiant. Jeżeli nie znajdę otwartego w niedzielę sklepu, tuż obok trasy mam stację paliw. Odpowiednia okazja nadarza się nieco wcześniej w Podkonicach. Sklep nie wygląda zachęcająco ale nie ma co wybrzydzać. Zaopatrzenie też nie najlepsze. Po chwili wahania decyduję się na gorzką czekoladę (dostarczy wystarczającej energii na pokonanie końcowych kilometrów). Zaskakuje niemal pusta półka z wodą. Zamiast ulubionej Muszynianki biorę pierwszą lepszą butelkę. Myślę sobie podrzędny wiejski sklepik, ale później nadchodzi olśnienie - przecież nasi już tu byli.
Zaledwie kilka kilometrów dalej przejeżdżam nad drogą szybkiego ruchu (S8) i jestem w mieście. Co tutaj się działo nie warto się rozpisywać. Ostre słońce utrudnia nawigację. Dokładnie po 52 minutach i przejechaniu 13 kilometrów znajdę się dokładnie w tym samym miejscu trasy. Pochylam się nad Garminem zmieniam kilkakrotnie kolor śladu i skalę wyświetlanej mapy by wreszcie znaleźć kierunek, w którym powinienem pojechać.
Opuszczam nieprzyjazne dla mnie miasto. Leśne szutrowe drogi mają swój urok ale kiedy maratonu nie traktuje się jako wyścigu szybko mogą się znudzić. Wyjeżdżam na otwartą przestrzeń i czuję wolność. Nic nie ogranicza widoczności aż po horyzont. Puste pole opanowane przez majestatyczne wiatraki zbudowanej farmy energetycznej. Gęsta jak na rozległe pola siatka szutrowych dróg prowadzących do poszczególnych obiektów. Nawet pojawiające się później piaszczyste podjazdy i pchanie roweru nie psują dobrego nastroju.
Okazuje się, że opóźniony start niesie ze sobą dodatkową niedogodność. Kolejny dzień upalnej pogody, odkryty teren. W tym miejscu nic nie chroni mnie przed intensywnym słońcem. Gdybym wystartował zgodnie z planem, od godziny czy dwóch ukryłbym się w cieniu na mecie imprezy. Z każdym przejechanym kilometrem zbliżam się szybko do mety. Ostatnie tankowanie wody w Koluszkach. Ze spokojemm obserwuję jakiegoś mijającego mnie zawodnika. On nie wie, ale ja wiem, że i tak trasę pokonam o ponad 4 godziny szybciej.
Czuję pełen luz Zatrzymuję się by porozmawiać z napotkanym w końcówce trasy kibicem. Nie kojarzę gościa ale z rozmowy wynika, że chyba się znamy. No cóż, pamięć do twarzy sporadycznie spotykanych osób jest u mnie zbliżona do zera. Kilka kilometrów przed metą - w Lesie Wiączyńskim spotykam grupkę łódzkich bikerów. Wśród nich jest Piotr Kulig, który ukończył zmagania już po północy na najniższym stopniu podium. Kolejna dłuższa wymiana zdań. Przecież mnie nigdzie się nie śpieszy.
Wreszcie jest i meta na której pojawiłem się o godz. 15:44 czyli 29 godz. od rzeczywistego startu. Licznik wskazuje 520,1 km czyli do rzeczywistej długości trasy dorzuciłem gratis niespełna 20 km.
Na tę chwilę wystarcza to na zajęcie 22 pozycji. Miła pani organizator wyraża zgodę, by w wynikach uwzględnić rzeczywisty czas startu, co pozwala na przesunięcie się na 14 miejsce. Ciekawa jest sytuacja klasyfikacji w kategorii wiekowej. Grupy 70+ organizator nie przewidział w końcu w tym wieku nie jeździ się na rowerze (przynajmniej na takim dystansie). W kat. 60+ jestem jedynym zawodnikiem. W kat. 50+ wygrywam z 4 innymi pięćdziesięciolatkami.
Jak wypada porównanie dwu ultramaratonów rozgrywanych na terenie województwa łódzkiego? To dwie zupełnie inne imprezy. Rozgrywane na dwu zupełnie różniących się trasach. Zwycięzcę trudno wskazać. Na pewno obie są warte zainteresowania i na każdej z nich chętnie wystartuję ponownie.
Statystyka:
Dystans: 520,1 (500,5) km
Czas trasy: 29 godz. 04 min.
Czas jazdy: 26 godz. 02 min.
Postoje: 3 godz. 02 min.
Prędkość średnia: 20,0 km/godz.
Miejsce: 14/39