.

Pilica 330

doliną Pilicy od źródeł aż po ujście

Pilica-gmina Warka, 24-25.06.2023 r.
(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Był maraton wzdłuż Wisły [Wisła 1200], był wzdłuż Warty [Warta800], nadszedł czas na obłaskawienie kolejnej polskiej rzeki - Pilicy. Wiadomość o organizowanej imprezie pojawia się dość późno, jednak jak się okazuje ten termin mam wolny w kalendarzu planowanych startów. Dodatkową zachętą do startu jest osoba organizatora, który zaczynał swoje działanie od mniej ambitnych, lokalnych zawodów na orientację: PORNO, KROWA [porno2012, porno2013, krowa2014, krowa2016 w których zajmowałem czołowe miejsca a nawet wygrywałem. Na ultramaratonie trudno będzie powtórzyć takie osiągnięcia.

Kilku ze znajomych reklamuje mnie jako chodzącą (jeżdżącą) legendę. Czuję, że jestem co najmniej nieco przereklamowany. Padają pytania o to czy na metę przyjadę w nocy, a może zdążę dotrzeć przed północą. Prawdę mówiąc wcale nie zastanawiam się nad przewidywanym czasem przejazdu. Jedno jest pewne tak krótki dystans powinienem pokonać niemal bez zatrzymywania się. Wizerunkowo najlepszym terminem byłoby ukończenie maratonu tuż po wschodzie słońca. Dobre zdjęcia po dotarciu na metę byłyby najlepszą pamiątką.

z Leszkiem przed startem


Czas interwałowego (co 5 minut) startu to godziny 9-10. Dla mnie optymalnym wyborem jest godz.9:15. Powód jest oczywisty. Po pierwsze, nic tak dobrze nie wpływa na psyche jak wymijanie wolniej jadących zawodników (tych jadących szybciej a startujących później będzie zaledwie kilku). Po drugie pokonanie nadpilicznych piachów (i błota) rozdrobnionych przez wielu jadących wcześniej zawodników byłoby już mocno utrudnione. Taki wybór sprawdził się na trasie Pomorska 500, sprawdzi się i podczas nadpilicznej imprezy.

Przedstartowe prognozy pogody potwierdzają się w 100%. Po fali dochodzących do 30 stopni upałów nadchodzi poprzedzone obfitymi opadami deszczu ochłodzenie. Nadrzeczne piaszczyste drogi stają się niemal całkowicie przejezdne (pomimo stosunkowo wąskich gravelowych opon). Na całej trasie zaledwie kilka razy zatrzyma mnie grubsza warstwa wilgotnego piachu. Odcinki, na których zmuszony jestem pchać rower, ograniczyły się w sumie do kilkunastu może kilkudziesięciu metrów. Oczywiście coś za coś. Już po przejechaniu kilkunastu kilometrów trafiam na odcinek podmokłej, błotnistej drogi. Dwie koleiny wypełnione wodą i błotem, rozlewiska na całą szerokość drogi. Ominąć takiej przeszkody nie sposób. Czujna jazda, często w miejscu gdzie wody jest najwięcej, pozwala zachować suche buty. Z początkowego odcinka trasy zapada mi w pamięci jeden z nielicznych podjazdów.

jeden z nielicznych podjazdów [3km]


pierwsze ale nie ostatnie błoto na trasie [11km]


Błoto i piach, to tylko krótkie urozmaicenie monotonnej trasy. Już po pierwszych kilkudziesięciu kilometrach potwierdza się to, co wcześniej odczytałem wrzucając ślad do serwisu rwgps. Na trasie będzie "obrzydliwie dużo asfaltu" (60% czyli ponad 200 km). Z pewnością to będzie najbardziej asfaltowy "ultramaraton gravelowy" w którym brałem udział. Inne początkowe odczucie to narzucające się pytanie; ale gdzie jest ta rzeka, wzdłuż której jedziemy? Pilicy mamy tutaj jak na lekarstwo.

Z kilkuosobowej grupki w której ruszam na trasę większość bikerów pozostaje z tyłu już po starcie. Jeden z zawodników jedzie nieco szybciej ale zbyt szybka jazda już na początku zmagań mogłaby się skończyć dla mnie długim wypoczynkiem gdzieś na poboczu drogi. Jestem samotnikiem i najlepiej sprawdza się pokonanie całego dystansu swoim tempem (nie wolniej i nie szybciej). Mijam kolejnych zawodników, którzy wyruszyli na trasę kilkanaście minut wcześniej. Wkrótce z tyłu pozostają też wszyscy moi znajomi: Krzysiek, Miłosz i Leszek.

asfalty, asfalty ...


Zachmurzone niebo, temperatura poniżej 20 stopni sprzyja szybkiej jeździe. Przy zmieniającym się kierunku jazdy zdarzają się podmuchy przeciwnego wiatru. W odpowiedniej dyspozycji do jazdy w jakiej się znajduję nie odczuwam jednak wielkiej różnicy niezależnie czy wieje z boku, z tyłu, czy też jadę prosto pod wiatr. Trzymający się z tyłu na kole dwaj młodsi zawodnicy zupełnie nie stanowią dla mnie problemu. Na szczęście nie próbują wychodzić na zmiany. Gdzieś przed setnym kilometrem nieoczekiwanie pozostaną z tyłu.

Bez zatrzymywania się mijam pierwszą szykanę czyli konieczność zjazdu z trasy do położonego na dziedzińcu pałacu w Szczekocinach punktu żywnościowego, 40 kilometr to na pewno nie jest ten czas kiedy trzeba uzupełniać w niewielkim jedynie stopniu uszczuplone zabrane na trasę zapasy jedzenia i picia.

pałac w Szczekocinach [38km]


Pokonywana na świeżo pierwsza setka mija wyjątkowo szybko. Nawet błotniste czy piaszczyste odcinki nie powodują zbytniego obniżenia średniej, która dochodzi do 25 km/godz.



0-100 km (Pilica-Krzętów) - czas - 4:03, postoje - 0:02, średnia 24,8 km/godz.



[gdzieś na trasie] (fot.W.Domagła)


Powoli docieram w bliższe Łodzi, a więc bardziej znane tereny. Gdzieś na tym odcinku wymija mnie ostatni z jadących szybciej zawodników. Przez ponad 200 km czyli aż do mety, będę jechał w warunkach jakie najbardziej lubię czyli zupełnie sam. W ten sposób nie mam parcia na to by kogokolwiek gonić czy przed kimkolwiek uciekać. Będę jechał własnym tempem czyli w sposób najbardziej dla mnie efektywny. No może nie do końca zupełnie sam. Przed Przedborzem przez kilka kilometrów jedzie obok mnie znajomy z imprez na orientację i maratonów ultra. Starość jest okropna. Twarz znajoma, bo spotykana wielokrotnie. Nazwisko - biała plama.

Powoli kurczą się zapasy wody. Bardzo liczę na kolejny punkt żywnościowy. Czyżbym go nie zauważył. Dopiero na mecie okazuje się, że Piotrek (organizator Bikeorientu) nie zdążył dojechać i rozstawić punkt przed przejazdem najszybszych zawodników. Nie ma tragedii. Jest sobota i każdy mijany sklep będzie otwarty. Zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dzieli mnie od położonego tuż obok trasy supermarketu Dino w Smardzewicach nieopodal tamy na Zalewie Sulejowskim. Tutaj mam najdłuższy (10 minutowy) "przymusowy" postój na całej trasie dzisiejszego ultra.

Jeszcze nad Zalewem pojawia się mżawka a później drobny deszcz. Wychodząc ze sklepu zakładam kurtkę. Zatrzymywać się nawet na chwilę nie ma sensu. Chmury powoli przesuwają się na wschód, a od zachodu pojawia się coraz większy obszar bezchmurnego nieba. Nawet gdybym przemókł, słońce które pojawi się maksymalnie za 1-1,5 godziny sprawi, że na metę dotrę wysuszony. Deszcz przechodzi równie szybko jak się pojawił. Nie rozgrzewające zbytnio powietrza popołudniowe słońce, tylko uatrakcyjni widok bezbarwnych do tej pory krajobrazów.

są i niebieskie [183 km]


Pamiątkowe zdjęcie roweru obok Niebieskich Zródeł i pędzę asfaltami w kierunku Spały. Jadąc do Inowłodza olewam biegnącą tuż obok szutrową ścieżkę rowerową i jadę asfaltem. Regulamin dopuszcza 100 metrowe odstępstwo od wyznaczonego śladu i skrupulatnie z tego korzystam. Kiedy ścieżka odbija głębiej w las, niestety muszę zrezygnować z jazdy szosą. Odcinek wzdłuż Zalewu Sulejowskiego to ponadprzeciętnie dużo gruntowych, leśnych, czasami szutrowych dróg. Piachy nie utrudniały jazdy. Jednak średnia tego odcinka wyraźnie spada (20,9 km/godz). Narastające zmęczenie nie jest tu bez znaczenia.



100-200 km (Krzętów-Inowłódz) - czas - 5:01, postoje 0:13, średnia jazdy 20,9 km/godz.

0-200 km - czas 9:04, postoje 0:15, średnia jazdy 22,7 km/godz.



powoli świat nabiera kolorów [220 km]


jest i Ona bohaterka całego zamieszania [220 km]


Chwilę wytchnienia dają drogi na wschód od Inowłodza. Później pojawią się kolejne szykany, polne i leśne gruntowe drogi, łąki. Z utęsknieniem czekam na drewniany most w miejscowości Gostomia. Podobno to najdłuższy tego rodzaju twór w kraju. Poza samym mostem czeka mnie znacznie większe zaskoczenie i mała niespodzianka. Z daleka widzę dwie (duża i mała) machające rękami postacie. Samochód i spontaniczny punkt żywnościowy. Wstyd się przyznać ale dopiero później kojarzę, że znajoma mi twarz gościa, który przedstawił się jako Michał należy do znanego mi osobiście Michała Borsa. Chociażby uczestnika i zwycięzcy Warta 800, w którym oboje braliśmy udział. Czy już wspominałem o tym, że starość jest okropna. Michał "dyżuruje" tu razem z kilkuletnim synem. Posiadane zapasy wody z pewnością wystarczą mi do końca trasy. Po usilnych namowach decyduję się na 3 banany. Zapewnią komfort jazdy i pozwolą uzupełnić kalorie na końcowym odcinku trasy. Prawie 10 km dalej kątem oka dostrzegam napis oznaczający zapowiedziany przed startem "samoobsługowy" bufet w Ulaskach. Jestem dostatecznie zaopatrzony, więc nie zatrzymuję się by sprawdzić co mogłoby mi się jeszcze przydać.

most w Gostomii [243 km] (fot.M.Bors)


Od dłuższego czasu widoków Pilicy mamy aż nadmiar. Gorsze jest to, że oglądamy ją najczęściej z poziomu prowadzących przez nadpiliczne łąki gruntowych dróg. Jak się można było spodziewać średnia tego odcinka (200-300 km) spada, chociaż tylko nieznacznie, poniżej 20 km/godz. Michał potwierdza to czego mogłem się spodziewać obserwując ilość śladów na nieutwardzonych drogach. Przede mną most w Gostomii przekroczyło zaledwie 4 zawodników.



200-300 km (Inowłódz-Warka) - czas - 5:24, postoje 0:20, średnia jazdy 19,7 km/godz.

0-300 km czas - 14:29, postoje 0:35, średnia jazdy - 21,6 km/godz.



ostatni rzut oka na rzekę [260 km] (fot.M.Bors)


Robię ostatnie zdjęcia chowającej się w zapadających ciemnościach rzeki. Przede mną pozostaje ostatni najtrudniejszy bo "robiony" w ciemnościach fragment trasy w poprzek nadpilicznych łąk. Nawet najlepsze oświetlenie nie jest w stanie odkryć niuansów podłoża drogi kryjącej się w wysokiej trawie. W pewnej chwili zapadam się w głębokich, sięgających połowy uda koleinach. Zupełnie nieoczekiwanie zaskakuje mnie, tkwiącego w tej pułapce nadjeżdżający z tyłu zawodnik. Czuję się lekko przestraszony. Nie spodziewałem się, że dzisiaj jeszcze kogokolwiek spotkam. Ostrożnie, bardzo ostrożnie posuwam się do przodu. Co zrobić gdy droga niknie w trawie? Przez chwilę kręcę się bezradnie by ruszyć przez łąkę w kierunku rzeki. Tam powinna być moja droga. Po chwili mogę jechać dalej. Powoli w niepamięć odchodzi twierdzenie o obrzydliwie dużej ilości asfaltu, o którym właśnie teraz marzę.

przez chwilę kręcę się bezradnie ... [308 km]


Wkrótce do pokonania pozostaje jedynie krótka pętla po przeciwnej stronie ruchliwej nawet po północy drogi krajowej i krótki dojazd na metę. Nie pamiętam w jakim kierunku powinienem zakreślić czekającą na mnie pętlę ale po chwili dochodzę do wniosku, że dla całokształtu pokonanej trasy nie ma to większego znaczenia. Niestety o tym by zobaczyć w ciemnościach ujście Pilicy lub chociażby płynącej tuż obok drogi o wałów Wisły mogę tylko pomarzyć. Pokonana w końcówce droga przez łąki nie była moją najmocniejszą stroną. Średnia to zaledwie 14,7 km/godz.



300-324,8 km - czas 1:48, postoje 0:07, średnia 14,7 km/godz.



to już koniec


Był to najbardziej wyasfaltowany maraton gravelowy w jakim brałem udział. W efekcie czas przejazdu niewiele przekroczył 16 godzin. Średnia jazdy zbliżyła się do 21 km/godz., a średnia trasy przekroczyła 20 km/godz. Pozwoliło to na zajęcie 7 pozycji (5 osób przyjechało na metę przede mną, jedna była szybsza ze względu na późniejszą godzinę startu).

Maraton polecam wszystkim tym, którzy tak jak ja nie lubią się zbytnio przemęczać. Impreza w sam raz na rozpoczęcie przygody z ultra długimi dystansami gravelowymi. Kolejna szansa już za rok.


Statystyka:

Dystans - 324,8 km
Czas trasy - 16:17
Czas jazdy - 15:34
Postoje - 42 min.
Prędkość śr. - 20,9 km/godz.
Miejsce - 7 z 58

więcej zdjęć


trasa na RWGPS



Krzysztof Wiktorowski (wiki) nr 11
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót