
.
Wśród wcześniej planowanych ultramaratonów Galanta Pętla nie znalazła swojego miejsca. Wszystko zmieniło się po powrocie z Bałtyk-Bieszczady Gravel Tour. Spojrzenie na puste miejsce w kalendarzu. Dlaczego by nie powtórzyć kilkukrotnie poznanej już wcześniej trasy? Może koszty startu nie są najważniejsze ale pomagają podjąć właściwą decyzję. Galanta jest unikalną imprezą na mapie krajowych ultramaratonów - od 3 edycji udział jest bezpłatny (zadanie współfinansowane z budżetu Samorządu Województwa Łódzkiego). Zero złotych to dobra cena na tle innych imprez, na których wpisowe oscyluje wokół 500 złotych.
Wychodząc naprzeciw tym co to lubią dłużej pospać, start zawodów przesunięty został o dwie godziny. Dla mnie "rannego ptaszka" nie jest to najbardziej oczekiwana zmiana. W ten sposób szybciej nadejdzie noc i w świetle dziennym pokonam krótszy odcinek trasy. Dodatkowy poranny czas wykorzystuję na spokojne śniadanie, rozmowy z pozostałymi lokatorami drewnianego domku w harcerskim ośrodku ZHP Pabianice, pozostałymi znajomymi i nieznajomymi uczestnikami maratonu.

trasa
Parcie na szkło sprawia, że na starcie ustawiam się w pierwszym szeregu, tak aby załapać się na startową fotkę [jak na razie oficjalny fotograf zawiódł i zdjęcia są niedostępne]. Przez pierwsze kilometry jadę w czołówce wyścigu. Później stopniowo zostaję wyprzedzany przez kolejne grupki i pojedynczych zawodników. Minęły te czasy gdy podłączałem się do każdej jadącej szybciej grupy i aktywnie wspierałem ich jazdę. Niezauważalnie z upływem lat to się zmieniło. Teraz jazda w zbyt szybkim tempie tuż po starcie odbiłaby się na dyspozycji na dalszej części trasy (zamiast spodziewanego zysku - strata). Przez cały czas jadę swoim tempem nie zważając na mijających mnie i jadących chociażby trochę szybciej zawodników.
Dla mnie z upływem lat najważniejszym przestaje być bezpośrednia rywalizacja i walka o jak najlepsze miejsce. Podeszły wiek i tak gwarantuje podziw moich młodszych kolegów. Organizator uhonorował mnie nawet okolicznościowym numerem startowym.

Na trasie, tej edycji maratonu, w miejsce Skierniewic pojawiają się dwa nowe miasta: Rawa Mazowiecka i Głowno. Pierwsze z nich wyjątkowo źle wspominam po ubiegłorocznej Robinsonadzie Łódzkiej. Zupełnie niezrozumiałym pozostanie dla mnie fakt, że zgubiłem się w tym niewielkim miasteczku i powrót na trasę i przejazd jego uliczkami zajął mi niemal godzinę. Tym razem dobrze pilnuję widocznego na ekranie garmina śladu i z przejazdem nie mam żadnego problemu.
Wkrótce jadę w poprzek niewielkich malowniczych wzniesień stanowiących tereny rolnicze okolicznych wiosek. Zawsze się śmieję, że to tereny odpowiednie dla starszego człowieka. W przeciwieństwie do znajdujących się bliżej Łodzi i wyższych Wzniesień Łódzkich łagodne podjazdy nawet mnie nie sprawiają tu trudności. Rozległe, ciągnące się aż po horyzont widoki wynagradzają trudy jazdy. Wbrew lansowanym w niektórych środowiskach poglądom, liczne na wzniesieniu wiatraki energetyczne nie psują krajobrazu, a dodają dodatkowego uroku temu miejscu. Tę zmianę trasy na tegorocznej edycji oceniam jak najbardziej pozytywnie.
Jedynym minusem są rozległe, odkryte tereny nie dające żadnej ochrony przed lekkim przeciwnym wiatrem. To zmieni się gdy zjadę do położonych niżej w dolinkach wiosek. Wiadomo, zabudowania i rosnące wzdłuż drogi drzewa zaburzają podmuchy wiatru. Żeby dopełnić obraz warunków pogodowych podczas pierwszego dnia, należy wspomnieć o temperaturze. Po czwartkowych dochodzących do 35 stopni upałach, temperatura oscyluje w okolicach 25 stopni, a niebo pokrywa cienka warstwa chmur. Czy do komfortowej jazdy potrzeba coś więcej?
Już na początku trasy urywa mi się umieszczona na kierownicy torba. Chowam ją pod klapę umieszczonej na bagażniku sakwy. Kiedy w końcu chcę sięgnąć po znajdujące się tam banany okazuje się, że torba zniknęła. Wielkiej tragedii nie ma, torba i tak nadawała się do wyrzucenia. Wystarczy lekkie uzupełnienie prowiantu. Sytuacja wkrótce się wyjaśnia, kiedy bodajże przed Lipcami, jadę/pcham rower piaszczystą drogą pomiędzy polami. Nadjeżdżający zawodnik pyta czy mój numer to 71 i wyciąga z niewielkiego plecaczka moją zgubę. Ten dodatkowy bagaż wiózł w ten sposób przez kilkanaście kilometrów. Nie rozpoznałem gościa ale w tym miejscu serdecznie dziękuję.
Tabliczka miejscowości Lipce Reymontowskie oznacza, że wjeżdżam do wioski, w której znajduje się jedyny na trasie Pit-stop. Tylko ustawione przy bramie banery reklamujące imprezę sprawiają, że nie mijam tego miejsca nie zauważając go. Bufet na tak wczesnym, bo setnym kilometrze 500 km trasy to dla mnie małe nieporozumienie. Uzupełniam bidon, wypijam ok. 0,5 litra wody, chwytam banana i po kilku minutach opuszczam punkt żywnościowy w Centrum Reymontowskim pozostawiając z tyłu kilkunastu "biwakujących" w tym miejscu bikerów. Wcześniej minąłem kilka osób stojących przed sklepem we wsi Gzów. Wiem, nie mam się z czego cieszyć, oni jeżdżą szybciej i wkrótce ponownie będą mnie wyprzedzali. W Lipcach minąłem pierwsze 100 km.
dystans 100 km
czas 4:33 / czas jazdy 4:28, postoje 5 min., średnia 22,4 km/godz.

końcówka trasy (fot. Andrzej J.)
Opuszczam kompleks leśny. Przede mną znane, płaskie, nudne tereny i głównie asfaltowe drogi. Z uporem walczę z wiatrem oczekując na "zaliczenie" kolejnych rozpoznawalnych punktów na trasie: 160 km - Piątek, 172 km - tym razem mijana bokiem i widoczna z oddali Góra Świętej Małgorzaty, 186 km - Łęczyca.
Kilka kilometrów za Łęczycą słyszę znajomy głos i słowa "cześć wiki". Tak nie zwraca się do mnie żaden ze startujących maratończyków. Skąd w tym miejscu znalazł się mieszkający w odległej części kraju Piotr Banaszkiewicz, organizator orientacyjnego Bikeorientu? Wszystko szybko się wyjaśnia, Piotrek przyjechał do Łęczycy pociągiem by rozpocząć kilkudniową wycieczkę po województwie kujawsko-pomorskim. Wykorzystał fakt pobytu w tym miejscu by spotkać się ze mną. Kilka kilometrów wspólnej jazdy, rozmowy, pamiątkowe zdjęcie i każdy z nas rusza własną trasą w przeciwnych kierunkach. On w kierunku Grabowa, ja dalej w kierunku Wartkowic i Uniejowa. Kiedy mijam odległe o kilka kilometrów Wartowice na liczniku z przodu pojawia się cyfra "2".
dystans 200 km
czas 9:21 / czas jazdy 9:09, postoje 12 min., średnia 21,9 km/godz.
[odcinek 100-200 km czas/czas jazdy 4:48/4:41, postoje 7 min., śr. 21,4 km/godz.]

końcówka trasy - z Przemek M. (fot. Andrzej J.)
Bywało, że do Uniejowa dojeżdżałem na oparach wody w bidonach. Umiarkowana temperatura i dodatkowy pit-stop w Lipcach sprawia, że tym razem mam jeszcze pokaźny zapas płynów. Uzupełniam braki. Wypijam litr nektaru jabłkowego, coś tam jeszcze zjadam. Po kilkunastominutowym postoju opuszczam to miejsce.
Po w miarę przyjemnym i szybkim przejeździe drogą wzdłuż wałów Warty, ukazuje się tama spiętrzajaca wody rzeki tworząc zalew Jeziorsko. Jeszcze tylko kilkadziesiąt stopni schodów i jadę asfaltową drogą prowadzącą grzbietem tamy na przeciwległy brzeg. Przede mną jedyny taki na trasie Galantej krótki hardcorowy odcinek wzdłuż nadbrzeżnych klifów.
Dla mnie ten niezmieniany od pierwszej edycji odcinek trasy maratonu, pokonywany również w odwrotnym kierunku na trasie Warta800 jest doskonale znany. Koledzy, którzy przed tamą mnie wyprzedzili, a jadą tę trasę po raz pierwszy, gubią się już w okolicy kościoła w Siedlątkowie. Nie zauważają, że trzeba pojechać górą chroniącym go betonowym wałem. Tym razem (jak dla mnie) trasa bardziej odpowiednia dla rowerów MTB jest wyjątkowo dobrze przejezdna nawet na gravelu. Dawno nie padało, więc na stromych zjazdach nie zaskakują niebezpieczne, wymyte przez wodę koleiny. Powalone drzewa w jednej z dolinek zostały w końcu usunięte. Dobrze, że ten odcinek zdążyłem pokonać przed nastaniem ciemności, w nocy trzeba by jechać tu wolniej i bardziej uważnie.
Mijam Pęczniew. Miejscami piaszczysta droga poprowadzona górą wału kończy się. To jest ten czas kiedy można złapać oddech na równiutkim asfalcie. W międzyczasie nadchodzi zmierzch i w kolejnej mijanej wiosce, kątem oka dostrzegam światełka zaparkowanych przed ostatnim otwartym sklepem rowerów. Ja zaopatrzenie, które jak się okaże wystarczy aż do mety nabyłem kilkadziesiąt kilometrów wcześniej.
Zjeżdżam nad brzeg zalewu opuszczając asfaltową drogę. Mijam widoczną na wzgórzu wieżę widokową i szykuję się na najgorsze czyli kilkanaście kilometrów nie najlepszej gruntowej drogi wzdłuż wałów. Takie drogi są uciążliwe fizycznie, ale przede wszystkim monotonia jazdy odbiera przyjemność jazdy i wykańcza psychicznie.
Znana przepompownia wody z dopływającej do zalewu rzeczki i ślad nieoczekiwanie oddala się od wału. Miłe zaskoczenie. Chociaż zwykle nie jestem zwolennikiem zbytnich ułatwień, tę zmianę przyjmuję z wdzięcznością dla budującego trasę i organizującego zmagania Mario. Zamiast nierównej drogi wzdłuż wałów jadę asfaltami i przejezdnymi gruntowymi drogami przez łąki.
Kładka piesza nad Wartą. "Chodniko-ścieżka" wzdłuż drogi krajowej i ponownie jestem nad Wartą. Zmieniona już na wcześniejszej edycji trasa początkowo prowadzi szutrówką przecinającą las, pozwalając chociaż przez kilka kilometrów odetchnąć od widoku wałów. Kilka kilometrów przed Burzeninem, kilkanaście minut po północy mijam 300 km trasy.
dystans 300 km
czas 15:19 / czas jazdy 14:40, postoje 39 min., średnia 20,5 km/godz.
[odcinek 200-300 km czas/czas jazdy 5:48/5:31, postoje 27 min., śr. 18,1 km/godz.]

końcówka trasy - z Przemek M. (fot. Andrzej J.)
Ponieważ planowałem jazdę nocną bez zatrzymywania z co najwyżej kilku minutową drzemką, śpiwór pozostał w bazie zawodów. W końcu dopada mnie sleepmonster. Zatrzymuję się przed pierwszą napotkaną wiatą. Zgodnie z planem nastawiam budzik na 5 minut. Siadam, opieram głowę o bagażnik i próbuję się zdrzemnąć. Zawsze ta metoda pozwalała na zawsze lub przynajmniej jakiś czas pozbyć się senności. Nie tym razem. Trzęsące się z zimna ciało nie pozwala na krótką drzemkę. Po zaledwie 2 minutach wsiadam z powrotem na rower.
W sytuacji w jakiej się znalazłem jedynym rozsądnym wyjściem jest jazda bez zatrzymywania się aż do końca krótkiej lipcowej nocy. Trzęsąc się zimna, jadę wypatrując pierwszych oznak zbliżającego się świtu. Wreszcie na wschodnim horyzoncie bezchmurnego nieba, widzę jasność nie pochodzącą, jak do tej pory, od świateł mijanych miejscowości. Jeszcze tylko 1-1,5 godziny i zrobi się widno. Jeszcze 2-3 godziny i temperatura wzrośnie do zadowalającego poziomu.
Jadę. Kiedy ryzyko zaśnięcia staje się całkiem realne prowadzę rower. Próbuję dojść do siebie zamykając oczy i opierając się na krótką chwilę o siodełko stojącego roweru. Chwilami oczy same się zamykają w czasie jazdy. Raz otwieram je dopiero kiedy leżę już na poboczu, a właściwie krótką chwilę wcześniej w momencie kiedy przewracam się.
Nawet krótkie odcinki "cięższego" terenu (podjazdy, piaski) nie pozwalają się ogrzać. Przestają cieszyć krótkie zjazdy i asfaltowe drogi, na których można co prawda rozpędzić się ale kosztem zwiększającego się wychłodzenia organizmu. Spoglądając na wznoszące się pionowo dymy elektrowni Bełchatów zdaję sobie sprawę, że gdyby pojawił się nawet niewielki wiatr byłoby znacznie gorzej. Fachowo: temperatura odczuwalna byłaby niższa od tej rzeczywistej.
Kiedy jadę wzdłuż wyrobiska kopalni Bełchatów na kolejnych ulicznych termometrach odczytuję kolejno temperaturę 8,5 i 9,2 stopnia. Najgorsze, najzimniejsze godziny tuż przed świtem mam już za sobą. Według różnych danych odczytanych przez innych zawodników nad ranem temperatura spadła nawet do 4-5 stopni.
Mijam kopalnie i zbliżam się do sztucznego tworu, który powstał w wyniku jej działalności. Grunt z głębokiego na 200 metrów wyrobiska utworzył najwyższe łódzkie wzniesienie - Górę Kamieńsk. Tym razem będę ją zdobywać w najszybszy możliwy sposób, jedyną asfaltową drogą. Szybko oznacza jednocześnie bardziej stromo. Na przemian jadę, pcham rower, znowu jadę. Nie jest tak strasznie jak sobie to wyobrażałem na podstawie szalonych zjazdów w dół. Gdyby nie nieprzespana noc, z podjazdem nie miałbym większego problemu.
W końcu powoli wypłaszcza się. To oznacza, że niebawem czeka mnie długi zjazd. Dla bezpieczeństwa dobrze by było pokonać go w pełni świadomie. Jest już dostatecznie ciepło. Zatrzymuję się widząc powalony betonowy słup. Pięć minut drzemię oparty o bagażnik. To wystarcza, żebym wrócił do świata żywych. Potrzeba snu opuściła mnie już na dobre. Szybki zjazd ograniczają jedynie poprzeczne rowy odprowadzające wodę z drogi.
Kilkanaście kilometrów za zjazdem z Góry Kamieńsk mijam 400 km trasy. "Nocne" 100 km pokonywałem przez 7,5 godziny czyli zdecydowanie poniżej średniej i z szybkością jedynie ok. 15 km/godz. Sam na to zapracowałem nie zabierając na trasę odpowiedniego dla panujących temperatur ubioru.
dystans 400 km
czas 22:48, czas jazdy 21:23, postoje 1:25, średnia 18,7 km/godz.
[odcinek 300-400 km czas/czas jazdy 7:29/6:43, postoje 46 min., śr. 14,9 km/godz.]

końcówka trasy - z Przemek M. (fot. Andrzej J.)
Tym razem widok "małpiego mostu" - kładki nad Pilicą jest optymistycznym widokiem. Nie muszę przedostawać się na drugi brzeg rzeki, nie muszę przez kilka kilometrów pchać roweru mocno zapiaszczoną drogą przez las. To nie oznacza, że tych piasków po mojej czyli wschodniej stronie Pilicy zupełnie nie będzie. Panująca susza sprawia, że piaski pojawiają się w zupełnie niespodziewanych miejscach, na przejezdnych w normalnych warunkach drogach.
W Sulejowie wjeżdżam już na odcinek trasy przetestowany przed dwoma tygodniami podczas jej objazdu. Tu nic nie powinno mnie zaskoczyć. Było i jest ciężko. "Na świeżo" wiele piaszczystych dróg udawało się "na siłę" przejechać. Teraz po ponad 24 godzinach jazdy przy coraz bardziej wzrastającej temperaturze nie ma co "kopać się z koniem" - kiedy nie da się normalnie jechać prowadzę rower. Lepiej teraz nie pytać mnie co sądzę o budowniczym trasy.
Wszystko co złe musi kiedyś się skończyć. Dalsza droga wzdłuż Zalewu Sulejowskiego to już równy asfalt i wiatr jakby sprzyjający. Tłumy w ośrodku przy tamie w Smardzewicach jakby mniejsze (kto może to siedzi na plaży albo w wodzie). Dalsza trasa do Inowłodza nie pozostawia już żadnych przykrych wspomnień. Zaliczam przejazd przez schron kolejowy w Jeleniu. Przeprowadzam rower po drewnianej kładce nad Słomianką. Schowane w godzinach popołudniowych w cieniu "zabytkowe" schody do położonego na wzgórzu kościoła w Inowłodzu zaliczam bez wysiłku.
Do mety w Małeczu pozostaje już poniżej 30 km głównie szutrowych i częściowo asfaltowych dróg. Zmęczenie otępia. Mijam Przemka opalającego się na ławeczce nad zalewem w Spale nie zatrzymując się. Mam chyba objaw rozdwojenia jaźni. Zastanawiam się usilnie czy napotkany Przemek jest tym samym Przemkiem, którego mijałem wielokrotnie w czasie trwania imprezy. Odzyskuję zmysły kiedy siedzący na ławeczce biker dogania mnie i do mety jedziemy już razem. Przemek jest tylko jeden.
Kilka kilometrów dalej z przeciwka nadjeżdża znajomy orientalista Andrzej J. Zainspirowany zdjęciem zrobionym kilkanaście godzin wcześniej pod Łęczycą przez Piotrka też postanawia wybrać się i wesprzeć mnie na trasie. Chwila rozmowy, seria pamiątkowych zdjęć i filmów. Dzięki za wsparcie. Mijam 500 km trasy.
dystans 500 km
czas 28:55, czas jazdy 27:12, postoje 1:44, średnia 18,4 km/godz.
[odcinek 400-500 km czas/czas jazdy 6:07/5:49, postoje 19 min., śr. 17,7 km/godz.]

końcówka trasy - z Przemek M. (fot. Andrzej J.)
META
dystans 513,7 km, czas 29:38, czas jazdy 27:54, postoje 1:44, średnia 18,4 km/godz.

Nasuwająca się na gorąco ocena trasy Galantej Pętli brzmiałaby - bardzo piaszczysta i ciężka. Oczywiście taką ocenę można interpretować co najmniej dwojako. Po pierwsze, że to organizator nie dostosował przebiegu trasy do przygotowania zawodników i panujących warunków. Po drugie, że to uczestnik przecenił swoje możliwości zapisując się na tak trudną imprezę. Trzeci teoretyczny przypadek dotyczący podeszłego wieku startującego zawodnika mnie jeszcze nie dotyczy - w końcu nie skończyłem nawet 80 lat.
Statystyka:
Dystans: 513,7 km
Czas trasy: 29 godz. 38 min.
Czas jazdy: 27 godz. 54 min.
Postoje: 1 godz. 44 min.
Prędkość średnia: 18,4 km/godz.
Miejsce: 19/69
|
2022 |
2023 |
2024 |
2025 |
|
dystans[km] |
507,5 |
525 |
515,5 |
513,7 |
|
czas trasy [godz.:min.] |
32:42 |
27:24 |
28:06 |
29:38 |
|
czas jazdy [godz.:min.] |
27:48 |
25:53 |
26:13 |
27:54 |
|
postoje [godz.:min.] |
4:54 |
1:31 |
1:53 |
1:44 |
|
prędkość średnia [km/godz.] |
18,3 |
20,3 |
19,7 |
18,4 |
|
miejsce |
17 |
6 |
15 |
19 |
|
ilu ukończyło |
63 |
79 |
58 |
69 |

niebieska(2022), fioletowa(2023), zielona(2024), brązowa(2025)
