
.
Pazerność ludzka nie zna granic. Jeżeli jest darmowe jedzenie, korzysta się z okazji do pierwszych objawów nudności. Nie inaczej jest gdy nasuwa się okazja udziału w darmowym w tym roku ultramaratonie Galanta Pętla. Nawet gdyby dodatkowy start miał wpłynąć na moją dyspozycję przed preferowanym w tym roku Brejdakiem, decyzja może być tylko jedna. Czy 5-6 dni pomiędzy nimi wystarczy na całkowitą lub choćby częściową regeneracją? Czy nie zajadę swojego organizmu przed dalszą częścią sezonu? Wszystko wyjdzie w praniu, bo to nowe doświadczenie. Zwykle interwał startów na długich dystansach był nie krótszy niż 4 tygodnie.
Po głowie chodzą różne plany rozegrania powstałej sytuacji. Przejechać Galantą na luzie, a na 100% potraktować kolejny start, a może odwrotnie. Z odbytych przed startem konsultacji najbardziej przemawiają do mnie argumenty Agnieszki (triumfatorki zawodów w kategorii kobiet): przejechać Galantą jak najszybciej, by więcej czasu pozostało na regenerację. Po ukończeniu Pilicy 330 wiem, że najsłabszym punktem mojego organizmu są kolana. Plan na Galantą zakłada jak najmniejsze obciążanie tych części mojej osobowości. Eliminacja jazdy siłowej i w miarę możliwości jazda na bardziej miękkich przełożeniach.
Wynik? Oczekiwania mam jedynie mgliście sprecyzowane. Chciałbym pokonać trasę szybciej niż rok temu. Skrócić ubiegłoroczny czas przejazdu o 2-3 godziny. Miejsce na początku drugiej dziesiątki (w 2022 byłem 17) jak najbardziej wskazane. Zadanie wydaje się dość proste, wystarczy jazda non stop bez dłuższego zatrzymywania się na sen. W 2022 roku "zabijał" mnie zmuszający do odpoczynku w cieniu drzew upał , wydłużając jednocześnie czas pokonania trasy. W tym roku prognozy pogody wydają się bardziej łaskawe, a temperatura w cieniu ma nie przekraczać 27-28 stopni.
Rekreacyjny przejazd na miejsce startu w Małeczu. Wieczorne rozmowy. Sen. Wczesna pobudka. Tym razem start wspólny. Chyba jako pierwszy ruszam na trasę. Skręcam w lewo i po chwili szukam śladu, który zniknął z ekranu GPS-a. Oooops! Oglądam się za siebie widząc zaledwie kilku zagubionych tak jak ja rowerzystów, których zwabiłem na złą drogę. Wpadka tym bardziej dziwna, że wczoraj przyjechałem na miejsce startu trasą zawodów.
Zawracam i na wąskiej leśnej szutrówce zaczynam wymijać zwarte grupy jadących wolno rowerzystów. Wyglądają na uczestników rekreacyjnej wycieczki. Aż chce się krzyknąć: panowie, panie jadąc w takim tempie nie zdążycie wrócić na metę w limicie 60 godzin. Wreszcie przede mną wyraźnie przerzedza się. Wyjeżdżając z lasu widzę tylko pola i prowadzącą pomiędzy nimi pustą drogę. Czy i ile osób jedzie przede mną? Właściwie nie ma to dla mnie większego znaczenia. Jeżeli chcę bez przeszkód dotrzeć do mety, muszę jechać własnym tempem. Jedynie ślady odciśnięte w niektórych bardziej piaszczystych miejscach wskazują, że tych osób jest naprawdę niewiele.
Polne drogi doprowadzają mnie do znanego zbiornika Chociszew-Lesisko. Przede mną zapamiętany m.in. z ubiegłorocznego startu upierdliwy odcinek pchania roweru po piaszczystej drodze. Wróć. Pomyłka. Tym razem Mario potraktował nas bardzo łagodnie. Dzisiejszy ślad prowadzi biegnącą równolegle asfaltową drogą. Pochylam się na lemondce i samotnie ciągnę do przodu. Wydaje się, że nie jestem zagrożony z żadnej strony. Nikogo nie jestem w stanie dogonić ale też nikt mnie już nie dogoni.
Nic bardziej mylnego. Po dłuższym odcinku samotnej jazdy za moimi plecami pojawia się nieoczekiwanie kolejny zawodnik Łukasz Ziomacki (nr 73). Przez prawie 20 km będziemy jechać razem. Wreszcie pokonają mnie nieliczne na początkowym odcinku trasy mięsiste piachy. Młodszy zawodnik radzi sobie z nimi wyraźnie lepiej. Będziemy się spotykali i mijali na trasie jeszcze wielokrotnie.
Po lepszych lub gorszych odcinkach dróg pomiędzy otwartymi przestrzeniami, pomiędzy polami, z nadzieją czekam na gładkie szutry Bolimowskiego Parku Krajobrazowego. Chroniąc przed wiatrem doprowadzą mnie w pobliże Łowicza, pierwszego większego miasta na trasie maratonu. Przeciwny wiatr nie jest dzisiaj szczególnie ważnym przeciwnikiem, jednak zawsze nieco spowalnia jazdę. Na terenie bolimowskich lasów dopada mnie Michał Roszczyk (nr 77). Przez kilka kilometrów jedziemy razem ale krótki odcinek piaszczysty nad Bzurą spowoduje, że zostaję z tyłu. Na trasie spotkamy się jeszcze kilkukrotnie.
Gdzieś w trudnym do zlokalizowania teraz miejscu, na końcu drogi przez las wzbija się w górę czarne ptaszysko. Czyżby unikalny Bocian czarny. Wkrótce okaże się, że nie czarny ale szary, nie bocian ale Żuraw zwyczajny. Zwyczajny nawet w okolicach Łodzi. Faktem pozostaje, że do tej pory z tak bliskiej odległości nie widziałem tego dostojnego ptaka i jego partnerki.
Czujny przejazd przez zatłoczone w środku dnia uliczki Łowicza i kończy się pierwsze 100 km maratonu. Wrażenia niejednoznaczne. Zmieniona w newralgicznych momentach (nieprzejezdne piachy) trasa. Nawalne opady jakie przechodziły nad okolicą 2-3 dni wcześniej które utwardziły niemal całkowicie pozostałe piaszczyste odcinki. Dużo (obrzydliwie dużo) asfaltu. Efekt to 4 godziny jazdy i szalona dla mnie prędkość 24,5 km/godz. czas trasy 4:06, postoje 0,01, średnia prędkość 24,5 km/godz.
dystans 100 km
Z niepokojem czekam na nadbzurzański odcinek trasy. Zapamiętałem go podczas poprzedniego przejazdu z powodu wyjątkowo nieprzyjaznego, trudno przejezdnego piaszczystego podłoża. Miłe zaskoczenie. Tu również niedawno przeszły ulewne deszcze. Widać jeszcze ślady rozlewisk jakie utworzyły się wtedy na piaszczystej drodze. Miejscami piach został zmyty przez płynącą drogą wodę, w innych mocno utwardzony. W odległym o kilkaset metrów od rzeki lesie jest już znacznie gorzej ale i tak udaje się przejechać bez zatrzymywania. Krótka jazda wzdłuż łąk i nieoczekiwanie przejeżdżam na drugą stronę rzeki. Kolejne miejsce, w którym ubiegłoroczna trasa została zmieniona. Nadbzurzańskie piachy zastąpiła nadbzurzańska asfaltowa droga. I jak tu nie powtórzyć kołaczącego się po głowie stwierdzenia o obrzydliwie dużej ilości asfaltów? "Kładę się" na lemondce, a boczny wiatr nie przeszkadza w szybkiej jeździe.
Mijam Sobotę i jak się okaże kilku poznanych na trasie zawodników. Jeden z nich Łukasz dogoni mnie w drodze do Piątku. Wkrótce moim łupem pada też Tomasz Kompa, który jak sam to stwierdził nieco przeszarżował na początkowym odcinku trasy. Zaledwie kilkanaście kilometrów dzieli mnie od Łęczycy, kolejnego miasta na trasie. Ponieważ nie walczę w klasyfikacji górskiej, mam możliwość rezygnacji ze "zdobywania" Góry Sw. Małgorzaty. Mijam imponujące romańskie mury w Tumie. Zbudowane w ubiegłym roku średniowieczne grodzisko objeżdżam wysypaną grubym szutrem i zarastającą trawą drogą.
Łukasz pozostaje w Łęczycy w poszukiwaniu posiłku. W planie moich startów nie przewidziano takich fanaberii, więc bez zatrzymywania jadę dalej. Ponieważ zbliża się godzina 14 czyli najgorętsza pora dnia, skrupulatnie korzystam z nadarzającej się okazji i przejeżdżam pod "podłogową" fontanną w centrum miasta. Chłodna woda pozwala, niestety tylko na krótko, odetchnąć od panującego upału.
Wkrótce przeskakuję na drugą stronę autostrady A2 co oznacza, że jestem w połowie drogi, kilkanaście kilometrów od Uniejowa, gdzie planowałem uzupełnienie kończących się napojów. Nagle, i to w miejscu najzupełniej nieoczekiwanym, dopada mnie kryzys. Nie na nasłonecznionej odkrytej asfaltowe drodze, nie na kiepskiej piaszczystej drodze przez las. Jadę gładką leśną szutrówką, w chłodnym cieniu gęstego lasu. W gardle pojawia się klucha, odruch wymiotny. Nawet nie próbuję zgadywać przyczyny? Efekt przegrzania, odwodnienia, udaru a może zaszkodził mi wpychany nieco na siłę kilkanaście minut wcześniej banan? No chyba nie nagłe schłodzenie organizmu. W sytuacji gdy od Uniejowa dzieli mnie zaledwie (aż) kilka kilometrów odpoczynek w cieniu drzew nie wydaje się optymalnym rozwiązanie. Cel do którego będę dążył z uporem muła i z szybkości żółwia to odległa o kilka kilometrów Biedronka. Wypoczywając pod biedrą będę miał czas by postawić diagnozę i pomyśleć co dalej.
Jak na złość chwilę wcześniej skończył się asfalt a w tyle pozostały nawet równe leśne szutrówki. Obiecuję sobie, że już nigdy nie pomyślę, nie napiszę o nadmiernej ilości obrzydliwych asfaltów. Jadąc kiepskimi gruntowymi drogami czuję się tak jakby ktoś niezauważalnie odciął mi moc w nogach. Nawet cienka warstwa piasku na gruntowej drodze wzdłuż lasu urasta do problemu, który można pokonać jedynie pieszo pchając rower. Każda nierówność na drodze to szykana.
Wreszcie jest. Początkowo z oddali widzę jedynie charakterystyczną wieżę kościoła, wkrótce pojawiają się zabudowania i kluczę po asfaltowych uliczkach jedynego w województwie uzdrowiska Uniejów. Zatrzymuję się przed doskonale znaną Biedronką. To będzie pierwszy i najdłuższy postój od kiedy ruszyłem rano na trasę [dystans 195 km, czas jazdy 8:36] . Jestem najwolniej jeżdżącym zawodnikiem z dzisiejszej czołówki. Braki w szybkości nadrabiam tym co potrafię najlepiej - jazdą non stop, czyli bez niepotrzebnych postojów. Na trasie wszyscy mnie wyprzedzają, Ja mijam innych tylko wtedy, gdy ci zatrzymają się przed sklepem, knajpą czy po prostu żeby odpocząć.
Chwilę siedzę w cieniu oparty o ścianę. Wreszcie ruszam na łowy. Zwichrzony włos obłęd w oczach, nieskoordynowane ruchy, chwiejny krok. Czuję się jak zombie i wyglądam jak zombie. Snuję się po sklepowych alejkach w poszukiwaniu ulubionego ostatnio nektaru z czarnej porzeczki. W normalnym sklepie wszystkie napoje stoją na jednej półce lub w jednej alejce. Tylko, że niestety ja jestem w Biedronce.
Zalegam pod biedrą, wypijam litr nektaru, uzupełniam bidony. Korzystając z postoju udaje mi się szybko zjeść słodką bułkę, kotlety mięsne z bułką. Popijanie każdego kęsa ułatwia zadanie. Widzę poznanych na trasie a przejeżdżających przed sklepem zawodników. Kiedy wreszcie po niemal pół godzinie (27 minutach) odpoczynku powracam na trasę okazuje się, że tych którzy w międzyczasie wyprzedzili mnie jest nieco więcej. Jadąc przez centrum miasteczka mijam "zaparkowane" przed sklepami i knajpami zaopatrzone backpacingowo rowery. Z telefonu do żony dowiaduję się, tego co podejrzewałem sądząc z wyjątkowo skąpych śladów na piasku, że w chwili gdy zatrzymywałem się przed sklepem, z przodu było jedynie 3 bikerów.
Ostrożnie przejeżdżam przez most, robię rundkę wokół zamku i deptakiem pod mostem zmierzam na bardziej odległe i mniej zatłoczone tereny. Przede mną chwila prawdy. Czy kryzys już naprawdę minął? Dość silny sprzyjający wiatr może nieco zakłamywać rzeczywistość ale i tak czuję, że moc powróciła i będzie ze mną aż do mety. Szczęśliwie minęła godzina 16 i z każdą kolejną godziną będzie już znacznie chłodniej.
Kilka kilometrów za Uniejowem mija kolejne 100 km trasy. Ilość asfaltów, a więc i przejezdność trasy na tym odcinku zmniejszyła się. Rześkie poranne powietrze zastąpił około południowy upał. No i ten kryzys który dopadł mnie w końcówce właśnie pokonanej setki. Efekt może być tylko jeden. Srednia prędkość na tym odcinku spada do 21,2 km/godz.
czas trasy 9:17, postoje 0:32, średnia prędkość 22,8 km/godz.
dystans 200 km

powiesić na choince czy czekać na Wielkanoc?
Wchodząc po schodach, wpycham rower na koronę tamy na Jeziorsku. Jeszcze tylko skok a raczej przerzucania roweru przez barierki i przez najbliższe kilometry będę oglądał z góry wody Zalewu. Początek jest rzeczywiście obiecujący. Wysoki betonowy wał. Dalej już zaczyna się czujna jazda drogą, której nie powstydziłby się niejeden z maratonów MTB.
Szybko wraca monotonia: asfalty, drogi wzdłuż wałów. Fakt, tak jak w wielu wcześniejszych miejscach deszcze umocniły luźne piachy. Przed sklepem w Glinnie widzę rower jakiegoś bickepackingowca czyli prawdopodobnie uczestnika maratonu. Nadzieja, że tak jak na Warcie800 tuż obok wieży widokowej ujrzę nielegalny (czy raczej spontaniczny) punkt żywnościowy szybko odchodzi w zapomnienie.
Widoczne z oddali pomiędzy drzewami budowle i nasyp torów kolejowych oznacza, że za chwilę będę jechał opłotkami Sieradza. Na zmodyfikowanej trasie nie wjeżdżamy do miasta i nie kręcimy się bez sensu zastanawiając, w którą kolejną uliczkę skręcić, by nie opuścić mocno pokręconego śladu. Jest coś za coś. Jeżeli ktoś planuje zrobić ostatnie zakupy, musi na kilkaset metrów opuścić trasę.
Kiedy opuszczam Sieradz i ponownie zjeżdżam nad Wartę, z ulgą spoglądam na zegarek. Zbliża się godzina 19, od ostatniego otwartego do 21 godziny sklepu na rynku w Burzeninie dzieli mnie zaledwie (wg rozpiski jaką mam przyklejoną na ramie) 25 kilometrów. Przed startem, a nawet dzisiaj w czasie jazdy, nie byłem pewien czy zdążę by uzupełnić zapasy wody przed nadchodzącą nocą. Równie osiągalna wydaje się odległa o 80 km, a czynna do północy stacja paliw w Kleszczowie ale nie zostawię zakupów na ostatnią chwilę.
Zjeżdżam na rynek w Burzeninie. Wstępuję do znanego między innymi z trasy Warta 800 sklepu "Od i Do". Podobnie jak poprzednio kupuje 2 butelki muszynianki i mniej nadający się do picia nektar z czarnej porzeczki mniej znanej polskiej firmy. Uzupełniam 3 litrowe bidony. Litr soku wlewam (sobie) do środka. To drugi i ostatni punkt tankowania na tegorocznej Galantej Pętli. Z 11 litrów jakie miałem na trasie, do mety dowożę jeszcze jeden pełny bidon.
Żeby nie było, że myślę tylko o sobie. Znajduję jeszcze czas na dobry uczynek i wygrzebuję z dna sakwy pompkę dla napotkanego pod sklepem tubylca. Mijam zapomniany sklep w Szumianach po przeciwnej stronie Warty, z którego korzystałem podczas ubiegłorocznej trasy. W Widawie zaskakuje mnie zbudowany tuż obok ulicy, którą jadę market Dino. Tej budowli na pewno rok temu tu jeszcze nie było.
Gdzieś w polowie drogi między Widawą a omijanym szerokim łukiem Sczczercowem w nogach przybywa kolejne 100 km. W porównaniu do poprzedniej setki, prędkość średnia utrzymuje się niemal na tym samym poziomie.
dystans 300 km czas trasy 14:15, postoje 0:45, średnia prędkość 22,2 km/godz.
Chociaż, gdy się oglądam do tyłu widzę na horyzoncie rozświetlone zachodzącym słońcem nie,bo nieubłaganie zapadają ciemności krótkiej lipcowej nocy. Kiedy zjeżdżam na obowiązkową platformę widokową nad kopalnianym wyrobiskiem czyli "wielką dziurą" jest już zupełnie ciemno. Przede mną widok na rozświetloną, bo pracującą bez jakiejkolwiek przerwy kopalnię. Nieco wcześniej mijam potężne taśmociągi poprowadzone ponad ruchliwą drogą, transportujące węgiel z sąsiedniej odkrywki Szczerców do Elektrowni Bełchatów. Mijam widoczną w bocznej uliczce w Kleszczowie stację paliw znanej firmy. Dobrze zaopatrzony na nadchodzącą noc nawet nie myślę by się zatrzymać chociażby na chwilę. Jest godzina 23 i mam nadzieję, że moi konkurenci zdążą przed jej zamknięciem i spędzą tam dostatecznie dużo czas. Cóż, widać, że złośliwość ludzka (znaczy się moja) nie zna granic.
Zbliża się północ, a ja rozpoczynam wspinaczkę na najwyższą, chociaż sztucznie usypaną, górę w województwie - Górę Kamieńsk. Mozolnie pnę się w górę. Na jednej z prowadzących zakosami drogi widzę zawodnika jadącego w "przeciwną" stronę. Wydaje się być dość daleko ale szybko mnie wymija i równie szybko znika jego tylne czerwone oświetlenie. Michał, bo wg monitoringu to właśnie on, nierozpoznany przeze mnie w ciemnościach, był mijającym mnie zawodnikiem. Doskonale pojechał w końcówce wyprzedzając mnie na mecie o prawie 2 godziny.
W ciemnościach nocy bardzo wolno mija czas do Trzepnicy, kolejnego punktu, kolejnej miejscowości widniejącej na rozpisce trasy. Długie samotnie pokonywane odcinki skłaniają do rozmyślań. Miła jest świadomość, że gdzieś tam przed kompem/telefonem rodzina i znajomi których lubię, obserwują moje poczynania. Niemal namacalnie czuję to wsparcie. Być może to tylko wytwór mojej wyobraźni ale działa. Nic nie zastąpi mocnej nogi ale wirtualny doping sprawia, że naciskam mocniej na pedały. Łatwiej też zwalczam okresy zwątpienia czy kryzysu.
Bezchmurne niebo sprawia, że temperatura powoli acz systematycznie spada poniżej komfortu cieplnego. Na koszulkę kolarską zakładam koszulkę termiczną, a następnie kurtkę p-wiatr. Jadę tak na granicy komfortu cieplnego. Każdy zbyt długi postój mógłby tę kruchą równowagę zaburzyć ale takich nie mam w moich planach. Później przychodzi czas na zabezpieczenie wrażliwych na zimno kolan. Oddzieram odpowiednio duże kawałki folii NRC i wpycham pod spodnie.
W trakcie tej czynności widzę zatrzymujący się z tyłu samochód - policja. Podejrzanie wyglądający mężczyzna w środku nocy. Sam bym miał wątpliwości czy aby na pewno trzeźwy. Padają standardowe pytania. Co ja tutaj robię? Padają standardowe tłumaczenia. Niby wszystko w porządku. Jest tylko jedna wyrażona przez jednego z panów wątpliwość. Przecież w takich spodniach nie jeździ się ultramaratonów.
Mylę trasę na rozwidleniu leśnych dróg [392 km]. Nadchodzący kryzys senny utrudnia szybkie naprawienie błędu. Chwilę kręcę się bezradnie. Próba odnalezienie właściwej leśnej drogi zmusza umysł do działania. "Budzę się" i żaden sleepmonster nie będzie mnie dzisiaj na trasie nękał. Do pobliskiej Stobnicy i "małpiego mostu" nad Pilicą zjeżdżam razem z Tomkiem, który nieoczekiwanie pojawił się tuż za mną.

Ilu z was byłoby w stanie tak jak Łukasz przez 24 godziny pomagać znanym i nieznajomym cyklistom. Łukasz jesteś wielki. Tydzień po zdobyciu podium na trasie Wisła 1200 (gratuluję) zdobyć się na taki wysiłek. Szacun. Jestem w szoku. Podziękowania dla mamusi za przepyszne ciasto.
Mój licznik wskazał właśnie 400 km, czyli pokonałem kolejną setkę. Nocna jazda i pokonanie podjazdu na Górę Kamieńsk sprawia, że średnia prędkość mocno spada, bo aż do 16,9 km/godz.
dystans 400 km czas trasy 20:35, postoje 1:15, średnia prędkość 20,7 km/godz.
Po chwili nad Pilicę zjeżdża Sebastian. Za chwile nadjedzie Agnieszka z Łukaszem. Nie żebym się gdzieś spieszył, nie żebym chciał walczyć o najlepszy wynik. Przecież nie przyjechałem się tu ścigać z nieco młodszymi i silniejszymi zawodnikami. Sześć minut postoju na PŻ wydaje się optymalnym czasem. Co miałbym tu jeszcze zrobić. Szybko zbieram się i ruszam na kładkę, której koniec kryje się w gęstych oparach unoszących się nad nurtem rzeki. Po skąpo wyposażonej w drewniane klepki kładce przedostaję się na drugą stronę. Technika jest prosta, prawą ręką trzymam się poręczy (stalowej liny) w lewej trzymam mocno ciążący rower. [Oczywiście - jak zauważył Mario - mylę ręce (prawa/lewa). Żeby w ten sposób je używać musiałbym iść tyłem]
Po drugiej stronie rzeki zaczyna się zawsze niezawodny punkt programu - kilka kilometrów piaszczystej drogi przez las. Nawet obfite opady, tak jak na większości trasy, nie są w stanie udrożnić tego odcinka. Nie próbuję przyspieszać. Wlokę się na przemian ciągnąc lub pchając rower. Od czasu do czasu zdarzają się odcinki na których warto trochę pojechać. Panujące ciemności nie ułatwiają wyboru bardziej przejezdnego podłoża.
Wszystko kiedyś się kończy. Miejscowość Szarbsko kończy ten "odcinek specjalny". Przede mną nagroda. Długi odcinek asfaltowych, szutrowych czy tylko utwardzonych gruntowych dróg. Nawet nie zauważam momentu kiedy rozjaśnia się na tyle że mogę wyłączyć czołówkę. Przy bezchmurnej pogodzie całkowite ciemności lipcowej nocy trwają wyjątkowo krótko.
Organizator maratonu i budowniczy trasy dba o to żebyśmy się za bardzo nie rozleniwili. Kiedy ma się w nogach ponad 400 km, to przecież najlepszy moment na to by umożliwić uczestnikom (a raczej ich zmusić) do podziwiania piękna Zalewu Sulejowskiego. Slad prowadzi nas na początek nadpilicznymi wałami, a następnie ścieżką między drzewami. Drzewa rosnące na piaszczystym podłożu oznaczają niezliczoną ilość wystających na powierzchni korzeni. Trasę umilają podjazdy, zjazdy oraz łachy piachu. To numer jeden dzisiejszej trasy, odcinek o wiele bardziej męczący od piaszczystego ale płaskiego odcinka za "małpim mostem".
Na 80-90 km przed metą ponownie spotykam się z Tomkiem. Obecność drugiego zawodnika pozwala uspokoić jazdę i nieco przyśpieszyć. Mijamy kolejne moje "punkty kontrolne". Odnotowuję, że odległość do mety zmniejsza się do 80 km. Nasze odczucia są zupełnie przeciwstawne. Dla mnie to tylko 80 km, dla mojego chwilowego partnera aż 80 km do mety.
Kiedy zbliżamy się do tunelu/schronu kolejowego w Jeleniu [485 km] mija godzina 7 czyli dwudziesta czwarta godzina jazdy. Limit 24 godzin złamie tylko startujący dzień później czyli właśnie ruszający na trasę Michał Bors. Moment przymusowego postoju po opuszczeniu tunelu. GPS "prosi mnie" o wymianę baterii. Przy okazji mały posiłek i przerzucenie jedzenia z sakwy do tylnej kieszonki w koszulce. Moment wydłuża się do 5 minut.
Przed nami rozległe Lasy Spalskie i długie odcinki szutrowych dróg. W sam raz by pochylić się na lemondce i systematycznie zmniejszać dystans dzielący od mety 60, 40, 30, 20 No może aż tak się nie śpieszmy. Przede mną na 50 km przed metą szutrówka przez kilkaset metrów łagodnie wznosząca się w górę. Nigdy tego podjazdu nie lubiłem. Spokojnie i bez napinki staram się pokonać napotkaną szykanę. Kiedy na zjeździe ze wzniesienia oglądam się do tyłu nie widzę mojego partnera. Nieco zwalniam mając nadzieję, że szybko odrobi straty, wreszcie ruszam samotnie do mety. Przecież kilkadziesiąt kilometrów pokonanych razem do niczego jeszcze nie zobowiązuje.
Tylko kilka kilometrów dzieli mnie od wysuniętego najbardziej na wschód punktu trasy. Stadnina konika polskiego w Ceteniu. Zjazd nad Pilicę. Inwłódz. O tej porze dnia bez problemu pokonuję schody prowadzące do wznoszącej się na skarpie świątyni.
Zamek w Inowłodzu - deja vu. Mam wrażenie, że ja już tu byłem i zrobiłem rundkę wokół tego obiektu. Sam nie wiem. Może w mojej głowie nakłada się wcześniejszy objazd grodziska w Tumie, a może to wspomnienia z maratonu Pilica. Dziwne są odczucia zmęczonego z niewyspania umysłu.
Zaledwie 30 km przyjemnej do jazdy rowerem trasy dzieli mnie od powrotu na metę. Gdzieś w okolicach Teofilowa pomiędzy Inowłodzem a Spałą mija 500 km mojej jazdy. Nadpiliczne piachy, odcinek specjalny przy zalewie Sulejowskim, znużenie nocną jazdą sprawia, że średnia na ostatnich 100 km nie zmieniła się w stosunku do poprzedniego odcinka - 17,1 km/godz.
dystans 500 km czas trasy 26:14, postoje 1:30, średnia 20,2 km/godz.
Zupełnie nie mam pojęcia jaka jest sytuacja na trasie tuż przed i tuż za mną. Czy kogoś mogę jeszcze dogonić czy mam czuć się zagrożony. Skoro sił jeszcze nie brakuje staram się mocniej naciskać na pedały. Wreszcie jest. Jest brama z napisem Meta. Jest Mario, Jagoda, Przemek i 2 z 3 zawodników którzy przybyli tu przede mną. Jestem 4 zawodnikiem, który przyjechał w sobotę na metę. To prawie niemożliwe, nieprawdopodobne, a gdzie jest reszta ścigantów? Ze startującej dzisiaj grupy wyprzedzi mnie jeszcze zaledwie dwóch zawodników.
Warunki panujące na trasie: lepsza przejezdność trasy, niższa temperatura, sprzyjający w odpowiednim momencie wiatr sprawia, że czas z ubiegłorocznej edycji poprawiam o ponad 5 godzin. W tym aż 3,5 godziny z tej liczby to ograniczony do niezbędnego minimum czas postojów (ile jeszcze można by z tych 90 minut urwać?), 1,5 godziny wynik szybszej jazdy. Pozycję na mecie zmieniam z dwucyfrowej 17 na jednocyfrową 6.
dystans 525 km czas trasy 27:24, postoje 1:31, średnia prędkość 20,3 km/godz.

Zawsze tak się kończy (fot. P.Matyjaszczyk)
Statystyka:
Dystans: 525,0 km
Czas trasy: 27 godz. 24 min.
Czas jazdy: 25 godz. 53 min.
Postoje: 1 godz. 31 min.
Prędkość średnia: 20,3 km/godz.
Prędkość maks.: 40,9 km/godz.
Miejsce: 6/79
Dane z kolejnych 6 godzinnych odcinków:
0-6 - dystans - 143,3 km, czas jazdy - 5:58, postoje - 0:02, V średnia- 24,0 km/godz.
6-12 - dystans - 126,2 km, czas jazdy - 5:29, postoje - 0:31, V średnia - 21,2 km/godz.
12-18 - dystans - 103,6 km, czas jazdy - 5:40, postoje - 0:20, V średnia - 18,3 km/godz.
18-24 - dystans - 95,4 km, czas jazdy - 5:34, postoje - 0:26, V średnia - 17,1 km/godz.
24-27:24 - dystans - 66,1 km, czas jazdy - 3:12, postoje - 0:12, V średnia - 20,6 km/godz.
w 2022 odpowiednio dystans 6 godzinny:134,0; 85,0; 95,4; 73,6; 80,0; 39,6
Postoje:
15:27-16:04 (27 min) sklep Uniejów
19:52-20:03 (11 min) sklep Burzenin
3:27-3:33 Pit Stop (6 min.) Trzy Morgi
7:11-7:16 j(5 min.) bunkier Jeleń
(32 min) inne, krótsze ale niezidentyfikowane

Gdzie jest wiki? (fot. P.Matyjaszczyk)
Tak było przed rokiem: Galanta Pętla 2023