.

Brejdak Geavel 2023

Janów Lubelski, 14-15 lipca 2023 r.

(relacja)

relacje z innych imprez


powrót


Maratonu ultramaratonów ciąg dalszy. Po Pilicy 330 i Galantej Pętli przyszedł czas na Brejdak Gravel, bardziej wymagający (nie tylko ze względu na dystans) ultramaraton. Wszystko w wyjątkowo krótkim czasie 3 tygodni. Przed startem nawet nie jestem pewien jak potraktuje to mój organizm. Czy po tygodniu od startu na Galantej Pętli nastąpiła całkowita regeneracja organizmu.

Dlaczego właśnie Brejdak? Dlatego że: to jeden z najdłuższych ultramaratonów (kiedy się zapisywałem było to 700 km), kuszą nieznane bliżej, a jak się spodziewam, atrakcyjne tereny Lubelszczyzny i Roztocza, a przy okazji startu dojdzie mi kilka nowych gmin. Pozytywne opinie znajomych łódzkich bierów utwierdzają mnie w początkowej decyzji.

Do bazy imprezy i na nocleg ze stacji kolejowej w Szastarce nie udaje mi się dojechać na sucho. Chwilę przed rogatkami Janowa Lubelskiego zaczyna padać. Jestem tak blisko, że nie ma sensu się zatrzymywać. Zresztą i tak nie ma gdzie się schronić. Wkrótce jestem już zupełnie przemoczony. Nic to. Przecież ciepły deszcz jeszcze nikomu nie zaszkodził.

Przed Pilicą i Galantą wszelkie opady były jak najbardziej wskazane, by utwardzić piaszczyste odcinki trasy. Lubelszczyzna i Roztocze to dla mnie terra incognita, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy opady w przeddzień startu będą naszym sprzymierzeńcem (utwardzone piachy) czy przeciwnikiem (błoto, rozlewiska itp.).

na starcie (fot. Bartek Bodzek z B.Art Fotografia)


Przedstartowe prognozy pogody są niemal identyczne jak w przypadku poprzednich dwóch imprez. W piątek idealna rowerowa pogoda: zachmurzenie i umiarkowana temperatura, w sobotę nie sprzyjający jeździe rowerem upał. Jest tylko jedna istotna różnica: dystans i przewyższenia. Pilicę 330 ukończyłem chwilę po północy (1:32), na metę Galantej Pętli dotarłem jeszcze przed południem (10:23). Podczas Brejdaka szansa, by uniknąć upałów jest praktycznie zerowa (uda się to tylko kilku najszybszym zawodnikom).

Wczesna pobudka i start o 6:30 (30 minut po pierwszej grupie). Przyjemny chłodek i mgła spowijająca bardziej odległe widoki. Na początek kilka kilometrów równego asfaltu. Warunki idealne by pochylić się na lemondce i nie oglądając się na innych zawodników ruszyć do przodu. Asfalty przeplatają się z gruntowymi i szutrowymi drogami Lasów Janowskich. Gruboziarnisty szuter to nie jest moje ulubione podłoże, dołączają zawodnicy którzy wystartowali razem ze mną.

ruszam w nieznane


Na asfaltowych drogach czuję się doskonale. Na gorszych szutrach zwykle pozostaję nieco z tyłu. Staram się nie zwracać uwagi na znajdujących się w zasięgu wzroku zawodników i jechać własnym tempem. Nie zawsze się to udaje. Mijamy pierwszych maruderów z wcześniej startujących grup. Marzę by wreszcie pozostać sam, by te przepychanki wreszcie się skończyły.

Kiedy wydaje się, że już nie mam szans nikogo dogonić wjeżdżam do Józefowa [80 km] - pierwszej większej miejscowości na trasie. Sklepy spożywcze najbardziej wyczekiwane obiekty i mój największy sprzymierzeniec. Rowery tych, których nie udało mi się dotychczas wyprzedzić na trasie widzę przed kilkoma kolejnymi sklepami. Bikepacking ma tu swoje niewątpliwe zalety - nie trzeba ze sobą wieść wiele "niepotrzebnego" wyposażenia (żywności, napojów itp.). Podczas innego ultra BBC pierwsze rowery przed sklepami widziałem już na 30-40 km.

będzie gorzej [40 km]


Jadę uliczkami miasteczka nie zatrzymując się. Na ocenę efektów nie muszę długo czekać. Są w miejscach w których zamiast jednej utworzonej w podłożu przez większą grupę rowerzystów ścieżki mogę rozróżnić 8 pojedynczych śladów. Tylu dokładnie zawodników znajduje się przede mną.

Pozostawiam z tyłu płaskie tereny Lasów Janowskich. Przede mną Roztocze. Z jednej strony zmiana na plus - pojawia się więcej dobrej jakości szutrów lub wyłożonych betonowymi płytami leśnych dróg i nowych jeszcze nie zniszczonych asfaltów. Z drugiej zmiana na minus - to tu będzie najwięcej najdłuższych (i miejscami stromych) podjazdów. Wynagrodzeniem będą równie długie zjazdy i pojawiające się na otwartych przestrzeniach rozległe malownicze widoki.

roztoczańskie asfalty [100 km]


Wkrótce zacznę wspinaczkę, by dotrzeć do najwyższego punktu na trasie. Na początek zjeżdżam na wznoszącą się w górę drogę pomiędzy polami. Jadę przez wieś Łuszczacz wreszcie dobrą, bo wyłożoną dziurawymi płytami drogą przez grzbiet dzielący mnie od Krasnobrodu. Miłe zaskoczenie. Łagodny podjazd nie stanowi problemu i nie pozostawia jakichkolwiek wspomnień. Odnotujmy, że gdzieś w okolicy najwyższego punktu minął 100 km trasy.

dystans 100 km
czas trasy 3:57, postoje 0,0, średnia prędkość 25,3 km/godz.



Jeden wyprzedzony na podjeździe zawodnik, drugi prawdopodobnie w Krasnobród. Na podłożu nie mogę doliczyć się więcej niż 6 śladów opon. Kolejne z trudem pokonywane podjazdy, kolejne zjazdy. Krótki moment oddechu w dolinie rzeki Wieprz. Miejscowość Bondyrz i, jak się wkrótce okaże, najtrudniejszy i miejscami najbardziej stromy podjazd pod górę Dach. Licząc od poziomu rzeki będzie to nieco ponad 120 metrów przewyższeń. Niby niewiele jeżeli jedzie się asfaltową drogą ale tu o asfalcie mógłbym jedynie pomarzyć. Pierwszy z ponurych wąwozów lessowy, których uroki będzie mi dane dokładnie zgłębić na dalszej części trasy. Mokry szuter, a w najbardziej stromym miejscu betonowe płyty. No nie przesadzajmy, przecież nikt mnie tu nie widzi. Zsiadam z roweru i kilkadziesiąt kluczowych metrów idę prowadząc (tzn. pchając) rower pod górę.

roztoczańskie podjazdy[125 km]


Na zjeździe wyprzedza mnie pierwszy z zawodników startujących o późniejszej godzinie. Wstydu nie ma. Ponad 140 km potrzebował by mnie wyprzedzić startujący godzinę później Radek (faworyt i triumfator Brejdaka). Nawet na zjeździe nie mam szans by utrzymać jego tempo jazdy, więc po chwili znika w oddali za kolejnym zakrętem. Kilka kilometrów dalej mija mnie kolejny szybki zawodnik.

Wjeżdżam na tereny turystyczne (lasy) otaczające Zwierzyniec. Doskonała szutrówka. Mijam pojedyncze osoby, rodziny i grupy rekreacyjnie jadące rowerami. Czujny przejazd przez, może nie zatłoczone ale jednak ruchliwe, miasto. Uff! Tereny zabudowane wreszcie kończą się. Na gruntowej drodze jest okazja by sprawdzić "listę obecności". Skoro przede mną było 6 zawodników, a wyprzedziło mnie jeszcze dwóch, to ile śladów znajduję na piasku? Matematyka jest nauką ścisłą, pomimo usilnych starań widzę tylko trzy. No tak ale przed chwilą przejechałem uliczkami Zwierzyńca. Takie miejsca zawsze są moimi sprzymierzeńcami.

Skoro na trasie może pojawić się kolejny wąwóz to dlaczego go nie wykorzystać. Można powiedzieć, że złośliwość organizatora nie zna granic ale o tym w pełni przekonam się dopiero 200 km dalej i ponad 10 godzin później czyli podczas dojazdu do Kazimierza Dolnego. Wspinam się ociekającym wodą wąwozem, a może już wtedy też prowadzę rower.

roztoczańskie podjazdy[172 km]


Z asfaltowej drogi zjeżdżam w malowniczą, zieloną i co najważniejsze płaską dolinkę. Radość z jazdy równie szybko się kończy jak utwardzona szutrowa droga. Dalej pomiędzy polami prowadzi polna droga, po ostatnich opadach gruntownie nasycona wodą. Miękkie podłoże, szerokie rozlewiska. Błoto oblepia nogi i rower grubą ilastą warstwą. Zaczyna się lawirowanie między kałużami, szukanie mniej błotnistej, a bardziej twardej nawierzchni. Czasami najlepiej przejechać przez środek kałuży. Nie mam wpływu na oblepiające mnie błoto. Z całych sil fizycznych i psychicznych walczę o suche buty. O to by przejechać tą drogą nie zatrzymując się podpierając nogą. Kiedy grunt staje się stabilniejszy, z ulgą mogę uznać przejazd za udany. Błoto z roweru można zmyć już na mecie. Jedynie mój serwisman dziwi się w jaki sposób błoto dostało się do szczelnego suportu.

Pomimo niezbyt wysokiej temperatury - jest nawet lepiej niż podczas Galantej Pętli - nadchodzi czas, że ostatni z trzech litrowych bidonów zaczyna świecić pustkami. Okolice są całkiem cywilizowane, a sklepy spotykam niemal w każdej mijanej miejscowości. Zgodnie z wcześniejszym planem wybieram miejscowość Goraj i jeden ze znajdujących się tu sklepów. To będzie pierwszy, po przejechaniu 200 km, dzisiejszy postój na trasie. Nawet nie myślę o tym by bez tankowania próbować dotrzeć do znajdującego się zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej Pit Stopu w Zaklikowie. Uzupełniam bidony, wypijam litr nektaru, zjadam coś czego nie mógłbym zrobić w czasie jazdy rowerem. 11 minut[15:31-15:43] wystarcza by ruszyć w dalsza trasę.

Przed zatrzymanie się przy sklepie mija druga setka na trasie. Przejeżdżam ją już nieco wolniej od pierwszej (zmęczenie, trudniejszy teren)

dystans 200 km
czas trasy 8:58, postoje 0,02, średnia prędkość 22,4 km/godz.

odcinek 100-200 km - czas trasy 5:00 godz. - postoje 0:02 - średnia prędkość 20,1 km/godz



pit-stop to nawet nie półmetek [270 km]


Przede mną jeden z najprzyjemniejszych fragmentów trasy. Tereny rolnicze. Mijam kolejne miejscowości. Dużo dobrych dróg, asfalty i rozległe widoki. Na powrót tereny stają się niemal zupełnie płaskie. W końcówce dojazdu prawie 30 km Janowskich Lasów. Wreszcie to na co każdy z uczestników czeka z utęsknieniem: chwalony już w relacjach z poprzednich edycji Pit-stop w Zaklikowie [270 km]. Na początek wyciągnięta z lodówki puszka napoju - na schłodzenie organizmu. Później miska bigosu, kanapki ze smalcem. Na koniec gorąca herbata. Na drogę wrzucam do kieszonki 3 banany. W międzyczasie czeka mnie jeszcze jakaś sesja zdjęciowa. Dziesięć minut przerwy, to naprawdę wystarczający czas by ogarnąć to wszystko. [18:50-19:00]

Zostawiam zawodników, którzy w drodze na punkt zdołali mnie wyprzedzić i ruszam na drugą nieco dłuższą część ultramaratonu. Znowu widzę tylko ślady opon 3 zawodników. W klasyfikacji uwzględniającej czasy startu, kręcę się w okolicy 10 pozycji. To maksimum tego co dzisiaj mogłem osiągnąć. Podczas dalszej jazdy będą wyprzedzały mnie kolejne osoby. Na wysokości Annopola mija 300 km trasy. To ostatnia setka na której jadę powyżej 20 km/godz. Jest godzina 20:38 co oznacza, że niebawem zacznie się ściemniać.

odcinek 200-300 km - czas trasy 5:10 godz. - postoje 0:26 - średnia prędkość 21,1 km/godz



półmetek [300 km]


Przede mną zawsze bardziej uciążliwa nocna jazda, Pola, lasy i sady z trudną do identyfikacji zawartością. Sprzęt rolniczy i smród chemii wylewanej w sadach. We wspomnieniach jakieś gorsze szutrowe drogi z utrudniającymi jazdę grubymi kawałkami szutru. Widok tabliczki z napisem Nałęczów [380 km] wzbudza nadzieję, że dalej będzie już tylko lepiej. Nawet nie zdaję sobie sprawy w jak wielkim jestem błędzie. Wszystko co dobre właśnie pozostało z tyłu na trasie którą pokonałem.

Od dłuższego czasu walczę z kryzysem sennym. Mijam dziesiątki ławek masowo rozmieszczonych przy uliczkach miasta. Wybieram bardziej ustronne miejsce na północnym jego skraju. Nastawiam budzik na 5 minut z nadzieją, że pozwoli to na zawsze pokonać kryzys senny [godz. 1:54-2:00]. Tym razem tak krótka drzemka pomaga ale tylko na krótko. Czyżby to nieoczekiwany objaw niepełnej regeneracji organizmu? By nie usnąć na rowerze, zatrzymuję się na kolejne drzemki [3:02-3:07], [3:41-3:48], [4:09-4:15]. Kiedy brakuje wiaty, kładę się na skraju polnej drogi.

Nałęczów opuszczam cywilizowanym wąwozem, a właściwie poprowadzoną jego dnem ulicą. To tylko marna zapowiedź tego co czeka mnie w drodze do kolejnego dużego miasta Kazimierza Dolnego - kazimierskich wąwozów lessowych. Z ciekawością oglądam w świetle czołówki strome zbocza i pochylające się drzewa tworzące zwartą kopułę. Tu półmrok panuje nawet w środku dnia. Szczególne wrażenie sprawia drugi ale zdaje się najgłębszy z mijanych wąwozów.

Oczywistym wydaje się, że takich atrakcji przyrodniczych na trasie maratonu przynajmniej jak dla mnie wystarczy. Nic z tych rzeczy. Prowadzę rower po raz 3, 4, 5 ... Kiedy ten koszmar wreszcie się skończy. Koniec podjazdu, koniec wąwozu na skraju rozległych pól. Polna droga prowadzi w bliżej niesprecyzowanym kierunku. Kompas pokazuje na przemian: wschód, zachód, północ lub południe. Mam wrażenie, że kręcę się mocno bez sensu, że ktoś tu doskonale się z nami bawi. Złośliwość organizatora nie zna granic. Zawsze mam jeszcze nadzieję, ale celem tej zabawy jest wlot do kolejnego wąwozu. Gdzieś w połowie drogi między Namysłowem a Kazimierzem Dolnym mija 400 km trasy. Ostatnia setka pokonywana głównie nocą nie wypada już imponująco.

odcinek 300-400 km - czas trasy 6:41 godz. - postoje 0:43 - średnia prędkość 16,3 km/godz



W jednym z ostatnich (jak się wkrótce okaże) kazimierskich wąwozów mija mnie Sylwia, zawodniczka z pobliskich Pabianic (triumfatorka wśród pań). W przeciwieństwie do mnie nie prowadzi roweru. 50 zębów na kasecie wyjaśnia wszystko. Z takim przełożeniem można wjechać prawie wszędzie. Jadący z Sylwią zawodnik wymięka przed końcem podjazdu. Wyminę ich na chwilę kiedy zatrzymają się w Kazimierzu Dolnym na poranny posiłek. Ja sam zatrzymam się kilka kilometrów powyżej miasta. Nawet nie zauważyłem kiedy zaczęło się rozwidniać. Przed chwilą minęła godz. 5:00. Statystyki najtrudniejszego, a dodatkowo pokonywanego nocą odcinka wąwozów między Nałęczowem i Kazimierzem Dolnym nie wypada imponująco. dystans 36 km [380-416km] - czas przejazdu 3:23 - przerwy 0:39; średnia prędkość 13,3 km/godz.

Nadwiślańskie miasteczko Kazimierz Dolny. To może oznaczać tylko jedno. Dalej wreszcie będzie spokojny przejazd wzdłuż rzeki. Uwierzyliście w zdanie, które przed chwilą napisałem? Odpoczynek w płaskiej nadwiślańskiej dolinie należy się ale widocznie jeszcze na odpoczynek nie zasłużyliśmy. Opuszczam miasto jadąc prosto na południe i wspinając się na znajdujące się z tej strony wzniesienie. W końcu skoro jest, to szkoda go nie wykorzystać. Szalony zjazd nad rzekę. Szok. Przez blisko 40 km poruszam się po zupełnie płaskim terenie, często asfaltowymi drogami. Łaskawość budowniczego trasy nie zna granic? Zna - to jedyny tak płaski odcinek na całym maratonie. Czyżby tu nie dało się wytyczyć bardziej interesującego przejazdu? A może to rozszerzająca się moda "asfaltowania" gravelowych tras [właśnie się dowiedziałem, że z innego ultra Warta800 wypadło kilka kultowych piaszczystych odcinków na rzecz asfaltu].

wiśniowe sady [465 km]


Narzekania na zbyt łatwy odcinek trasy? To zawsze musi się źle skończyć. Nadwiślańska trasa pomiędzy ciągnącymi się w nieskończoność wiśniowymi sadami niemal w 100% jest asfaltowa, Co z tego, jeżeli pojawiają się strome podjazdy. Pamięć jest zawodna. Powinienem ten odcinek, pokonywany w przeciwnym kierunku, pamiętać z pierwszej edycji Wisła 1200. Z uporem staram się wjechać na każdy podjazd nie zsiadając z roweru (w końcu to asfalt). Przeciwny wiatr chłodzi ale jednocześnie jest dodatkowym przeciwnikiem. Każdy upór ma swoje granice, przegrywa z wydolnością organizmu. Na kolejnych podjazdach poddaję się. Wzrastająca temperatura nie jest tu bez znaczenia. Odnotowuję w pamięci kolejne, teraz bardziej ucywilizowane wąwozy. Uciążliwe przy podjeździe, niebezpieczne na zjazdach.

Od czasu do czasu zatrzymuję się na skraju sadu. Kuszą wiśniowe drzewa oblepione owocami. Owocowy sok lepiej gasi pragnienie od czystej wody. Przed zatraceniem się w wiśniowym szaleństwie odstrasza biały nalot na niektórych owocach. Czy aby zastosowana w sadzie chemia zdążyła się zdezaktywować?

Z utęsknieniem wypatruję celu nadwiślańskiej mordęgi. Najbliższy cel to położony nad Wisłą Sandomierz. Dalej powinno być już tylko lepiej. Powinno, ale czy będzie? Ile razy w kolejnych punktach trasy moje nadzieje legły w gruzach (Zwierzyniec, Nałęczów, Kazimierz Dolny, dolina Wisły). Blisko 20 km przed Sandomierzem mijam 500 km trasy.

odcinek 400-500 km - czas trasy 7:13 godz. - postoje 1:05 - średnia prędkość 16,3 km/godz



jeden z wielu i ostatni na trasie [475 km]


Ostatni podjazd. Ostatni zjazd (do Sandomierza). Próbuję sprawnie przejechać przez rozgrzane w słońcu uliczki miasta. Do miasta wpadam o godz, 12:30 czyli w najcieplejszym okresie dnia. Upał skutecznie powstrzymuje mnie przed jakimkolwiek postojem. Nie mam podglądu sytuacji na trasie ale być może jeszcze kogoś wyprzedzam. Nadzieje na bardziej płaskie drogi spełniają się. Jedynym dużo poważniejszym przeciwnikiem jest wzrastająca powyżej 30 stopni temperatura. W takich warunkach najlepiej byłoby na kilka południowych godzin schronić się gdzieś w chłodzie i cieniu.

O dłuższym postoju nawet nie myślę. Chciałbym spokojnie zdążyć na jutrzejszy poranny pociąg i zameldować się w domu w niedzielne popołudnie. Pomimo upału i niezależnie od szybkości z jaką to robię, będę z uporem dążył do mety. Kryzys senny nie odpuszcza. Zatrzymuję się na 5 minut pod napotkaną na skraju wioski wiatą.

Miejscowości Grębów. Chwila odpoczynku na mrożonkach w Biedronce. Uzupełnienie zapasu płynów (wewnętrznie i zewnętrznie). Posiłek. Biedronkowe pieczone udka. Czas postoju przedłuża się do 24 minut [14:00-14:25] ale panujące warunki w pełni to usprawiedliwiają.

Po raz kolejny wracam na tereny Lasów Janowskich. Mija godzina 16 czyli najgorętszy okres dnia. Drzewa coraz skuteczniej chronią przed słonecznymi promieniami. Czuję przyjemny chłodek. Długie szutrowe autostrady. Opieram się na lemondce. Silnie naciskam na pedały mając wrażenie, że początkowa moc w nogach wróciła. Czuję, że mknę z niewyobrażalną jeszcze kilka godzin wcześniej prędkością. Statystyki pozbawiają mnie złudzeń. Średnia to około 19 km/godz. Czyli daleko mi do średnich 25 km/godz. z pierwszych kilkudziesięciu kilometrów trasy.

odcinek 500-606 km - czas trasy 7:31 godz. - postoje 1:06 - średnia prędkość 17,0 km/godz



Po godzinie 18 melduję się na mecie. Czas przejazdu 35 godz. 34 minut. Pozwala na zajęcie 21 miejsca. Posiłek, kąpiel, mycie roweru. Jadę do odległego o ok. 20 km Pit-stopu w Zaklikowie by skorzystać z przygotowanego dla uczestników miejsca odpoczynku na nocleg. Poranny pociąg i jestem w domu.

Brejdak to nie Carpatia ale i tak polecam wędrówki po kazimierskich wąwozach i nadwiślańskich pagórkach. Warto było. Pamięć ludzka (moja pamięć) jest zawodna więc i ja pewnie tu jeszcze powrócę.



Statystyka:

Dystans: 606,0 km
Czas trasy: 35 godz. 34 min.
Czas jazdy: 32 godz. 14 min.
Postoje: 3 godz. 20 min.
Prędkość średnia: 18,8 km/godz.
Miejsce: 21


statystyki 6 godzinnych odcinków

6:30-12:30 - dystans 141 km - dystans 5:58, postoje 0:02, V średnia 23,6 km/godz
12:30-18:30 - dystans 131 km - dystans 5:47; postoje 0:13, V średnia 20,9
18:30-0:30 - dystans 102,5 km - dystans 5:34; postoje 0:26, V średnia 18,4
0:30-6:30 - dystans 69 km - dystans 4:44; postoje 1:16; V średnia 14,6
6:30-12:30 - dystans 86 km - dystans 5:16; postoje 0:44; V średnia 16,3
12:30-18:02 - dystans 87 km - dystans 4:51; postoje 0:42; V średnia 17,9

Zdjęcia z trasy

trasa na RWGPS,


Krzysztof Wiktorowski (wiki)
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót