.

Bałtyk-Bieszczady Gravel Tour

Wolin-Ustrzyki Górne, 5-9.06.2025 r.

(relacja)

relacje z innych imprez



(zdjęcia: #roweremposwojemu, bbgt)

Dwadzieścia lat minęło od pierwszego w kraju ultramaratonu na dystansie 1000 km (początkowo od głównego sponsora nosił on nazwę Imagis Tour). Trasa prowadziła (i prowadzi do dziś) w poprzek mapy ze Świnoujścia do Ustrzyk Dolnych. Wtedy jeszcze nikt nie widział, że można taki dystans przejechać rowerem, a w imprezie wzięło udział zaledwie kilkunastu bikerów. Współczesną nawigację zastępowała książeczka z plikiem map kluczowych punktów na trasie. Niewiele wcześniej bo w 2003 r. miał miejsce pierwszy 500 km Supermaraton Rowerowy Dookoła Zalewu Szczecińskiego. W obu tych imprezach wziąłem udział. To były inne czasy, inne jeżdżenie. Jak to się wtedy odbywało można sięgnąć do moich relacji z tych zawodów. (Supermaraton wokół Zalewu Szczecińskiego, Imagis Tour). Po 5 latach (w 2008 r.) powtarzam trasę BBT. Ostatnio jeżdżenie maratonów szosowych przestało mnie interesować. Czas na podwyższenie poprzeczki. Wystartuję w dłuższej (1200km) gravelowej wersji kultowej imprezy

gotowy do startu



Start: czwartek 5.06.2025r. godz. 8:35

Ze względu na roboty drogowe start zawodów przesunięty zostaje na wyspę Wolin. Na trasę wyruszam w kolejnej kilkuosobowej grupie. Pogoda wydaje się sprzyjająca. Świeci słońce, lekki wiaterek z nieokreślonego kierunku, umiarkowana temperatura. Od startu postanawiam jechać swoim tempem. Nikogo nie gonię, z obojętnością przyjmuję widok mijających mnie zawodników nie przyłączając się. Ogólnie jestem chyba jednym z najwolniej jadących zawodników. Moim atutem, przynajmniej podczas pierwszego odcinka trasy będzie jazda bez zatrzymywania się (sklepy, jedzenie, odpoczynek). Czas postoju na 100 km wynosi 0, na 200 km wzrasta do 4 minut. Wielu z jadących uczestników będzie mijało mnie wielokrotnie.



Pierwsza doba (5-6 czerwca 2025 r.)

Na początek na rozgrzewkę szutrówka wzdłuż Zalewu Szczecińskiego. Wiatr od wody na początkowym etapie nie stanowi wielkiego utrudnienia. Mijam znany ze startu I edycji Pomorska500 ośrodek Frajda. W okolicy pierwszego punktu kontrolnego w Stepnicy trasa zmienia kierunek na wschodni, więc wiatr z reguły będzie naszym sprzymierzeńcem. Kiedy spoglądam do tyłu, w oddali nad horyzontem widzę zbierające się czarne chmury. Jest dobrze, szybko oddalam się od niesprzyjających zjawisk atmosferycznych.

Czy aby na pewno? Po kilkudziesięciu kilometrach jazdy czarne chmury znajdują się już znacznie bliżej. Niewątpliwie goni mnie deszczowo-burzowa chmura. Mocniej naciskam pedały by umknąć przed opadami. W lasach na obrzeżach poligonu Drawsko [godz. 16, 160 km] spadają pierwsze krople deszczu. Jeszcze mam nadzieję na ucieczkę ale chwilę później regularnie pada. Nie mając gdzie się schować i przebrać, wyciągam foliowy obrus, krawędź kładę pod kask i niczym panna młoda z powiewającym welonem jadę dalej.

Spod wiaty na skraju lasu przywołują mnie schowani tam zawodnicy którzy wystraszyli się opadów. Mam inny plan. Ciepły deszcz jeszcze nikomu nie zaszkodził. Jadąc powinienem szybko opuścić strefę przelotnych opadów. Rzeczywiście szybko tak się dzieje. Kilka kilometrów przed Mirosławcem opady nawet nie dotarły i jadę suchą szosą. Mijam kilku okupujących okoliczne sklepy zawodników.

Przez długi czas wydaje się, że na dzisiaj pogoda ustabilizowała się. Momentami pojawia się nawet słońce. Przed wieczorem bez ostrzeżenia (brak czarnej chmury) znowu leje. Czasu by się gdzieś schronić czy przebrać brakuje. Folia nieco chroni górną część ciała. Spodnie znowu nadają się do wysuszenia (najszybciej schną podczas jazdy). Ulewa która szybko mija nie jest najważniejszym problemem. Zjeżdżam na polną drogę. Nasączony wodą piach niemal jak rozgrzana smoła zasysa koła. Na polnych i leśnych drogach pojawiają się rozległe na całą szerokość dróg kałuże. Niektóre daje się ominąć, jednak najlepiej i najszybciej pokonuje się je przejeżdżając przez środek rozlewiska.

Wjeżdżam w otaczające Piłę ostępy leśne. Na północy od miasta mija pierwsze 12 godzin na trasie. Czas jazdy jest tylko nieznacznie krótszy.

12 godz.
czas jazdy 11:54, dystans 260 km, średnia 21,8 km/godz.



Umiarkowana temperatura w trakcie dnia sprawia, że w bidonach pozostała resztka z 3 litrów zabranych na trasę płynów. Powoli ściemnia się, a ja coraz pilniej rozglądam się za możliwością uzupełnienia zapasów. Wraz z upływem czasu sytuacja staje coraz bardziej beznadziejna. Wreszcie jest - Kaczory - jedno z nielicznych miasteczek na tym etapie zmagań. Kątem oka dostrzegam napis Biedronka i dwóch uczestników ultramaratonu [godz. 21:57-22:09, 284 km]. Rzutem na taśmę zdążyłem przed zamknięciem sklepu. Jestem uratowany. Gdyby nie to, zamiast nocnej jazdy, czekałby mnie przedwczesny przymusowy wypoczynek i sen. Uzupełniam płyny i zapasy jedzenia.

Od dłuższego czasu jest już ciemno. Mijam kolejne miasteczka położone w dolinie Noteci. Zgodnie z przedstartowymi planami pierwszą noc powinienem pokonać nie śpiąc i nie zsiadając z roweru. Umiarkowana temperatura w dzień i brak skrajnego zmęczenia powinna sprzyjać temu celowi. Tak dobrze to nie będzie. Po północy zaczynam odczuwać senność. Nie próbuję walczyć z tą słabością za wszelką cenę. Ustawiam budzik na 5 minut. Po 4 minutach "drzemki" ruszam dalej. Kolejna równie krótka drzemka pod którąś z kolejnych wiat. Za każdym razem wspieram się kilkoma (tak, żeby się nie wychłodzić) łykami pepsi. Kiedy krótka o tej porze roku noc dobiega końca i rozwidnia się wiem, że na dzisiaj problem snu mam już z głowy.

Mijam punkt żywnościowy w Dąbrowie Biskupiej. Ponieważ nie widzę miejsca gdzie mógłbym się zdrzemnąć, a punkt ma być czynny od 10 czyli prawie za 3 godziny, nie zatrzymuję się tu nawet na chwilę. W bezpiecznej odległości mijam Bydgoszcz. O wczorajszym sprzyjającym wietrze mogę zapomnieć. Na otwartych nudnych rolniczych terenach przez cały nadchodzący dzień będzie dawał się mocno we znaki.

Pierwszą dobę jazdy kończę przed Brześciem Kujawskim czyli na wysokości położonego nad Wisłą Włocławka. Czas przestojów zwiększył się prawie do godziny. Na liczniku nie spotykany u mnie na innych gravelowych maratonach dobowy dystans 464 km.

24 godz.
czas jazdy 23:09, przerwy 0:51, dystans 464 km, średnia 20,1 km/godz.



Druga doba (6-7 czerwca 2025 r.)

W okolicach Włocławka zaczynają się położone nad Wisłą rozległe lasy Włocławsko-Gostynińskie. Te lasy wybieram na krótką popołudniową drzemkę. Liczę na ukrytą w lesie przed przypadkowymi intruzami wygodną turystyczną wiatę. To nie są "turystyczne" lasy więc znaleźć wiatę nie będzie łatwo. Mijam jedną, położoną na terenie leśniczówki. Nie mam ochoty na ewentualne tłumaczenia leśniczemu co ja tu robię. Asfaltowa cienka dróżka doprowadza mnie do kolejnej. Zabudowania byłej albo aktualnej leśniczówki Smoleńskie [510 km, 27 godzina od startu, godz.11-20-13:50]. Rozkładam się na szerokim drewnianym stole. O lepszej miejscówce nie mam co marzyć. Drzemka/sen, posiłek przedłużają się do 2,5 godzin. Jakaś kobieta wysiada z samochodu i pyta czy wszystko OK. Dziękuję za troskę i śpię dalej. Wkrótce opuszczam osłaniające przed wiatrem lasy.

Przeciwny wiatr nasila się, a na trasie gravelowego ultra pojawia się jednym ciągiem najdłuższy bo prawie 70 km odcinek asfaltowych dróg. Jadę przez rolnicze tereny woj. kujawsko-pomorskiego. Czekam na znane tereny Ziemi Łódzkiej. Drogowskaz Złaków Kościelny oznacza, że wjeżdżam na tereny poznane podczas projektu zaliczenia wszystkich łódzkich wiosek. Długie, kilkudziesięciokilometrowe odcinki asfaltowe będą powtarzały się przez cały czas trwania ultramaratonu. Chyba tylko dla uzasadnienia słowa "gravelowy" w nazwie imprezy przeplatane będą kilku-, rzadziej kilkunastokilometrowymi odcinkami leśnych czy polnych dróg. Końcówka przez Bieszczady będzie tylko wyjątkiem potwierdzającym regułę.

Mocno wymęczony przez przeciwny wiatr i wzrastającą koło południa temperaturę, bez planu na dalszą część dnia docieram do Łowicza. Zakupy? Odpoczynek? Punkt żywnościowo-noclegowy który zostanie otwarty dopiero kolejnego dnia rano? Tłumy zniechęcają do odwiedzin któregokolwiek z mijanych marketów. Daleko na północnym-wschodzie wypiętrza się i szybko rozrasta ciemnogranatowy "grzyb" frontu burzowego. Z daleka wygląda w równej mierze malowniczo co i groźnie.

Zmęczenie i wycieńczenie szybko mija razem z czynnikiem go wywołującym czyli silnym przeciwnym wiatrem. Dalszy plan szybko się krystalizuje. Spoglądam na zmierzającą prosto w kierunku Łowicza burzę. Nie zamierzam czekać bezczynnie na nadciągający kataklizm. Bez zatrzymywania i bez chwili namysłu ruszam w dalszą trasę. Zaopatrzenie będę miał jeszcze okazję uzupełnić w okolicach Skierniewic.

Klucząc zgodnie ze śladem "zwiedzam" około łowickie wioski. Ciemne chmury przemieszczają się znacznie szybciej od moich optymistycznych przewidywań. Słońce znika. Kiedy wjeżdżam do lasu wiatr się wzmaga i spadają pojedyncze krople deszczu. Muszę mocno przyspieszyć, by dzisiejszy dzień ukończyć na sucho. Przede mną dobrze znany kilkunastokilometrowy przejazd leśnymi szutrami z Łowicza w okolice Skierniewic. Zmieniająca się gwałtownie pogoda i doskonałe bolimowskie szutry sprawiają, że ucieczka przebiega wyjątkowo sprawnie i szybko.

Na początkowym odcinku bolimowskich lasów mijam półmetek zawodów. Przejazd tego odcinka zajmuje mi niespełna 1,5 doby. Na drugiej połówce trasy będzie zdecydowanie więcej wypoczynku i jazda bardziej turystyczna. Dlatego pokonam go w czasie o ponad dobę dłuższym. Z tego czas jazdy zwiększy się o 6,5 godz., czas odpoczynku o 22,5 godz.


Półmetek:
czas 35:15, czas jazdy 31:32, postoje 3:44, średnia 19,7 km/godz.



Ucieczka zakończyła się powodzeniem, opuszczam lasy przed nadchodzącymi opadami. Wpadam na główną ulicę Rudy obecnie dzielnicy mieszkalnej Skierniewic i od razu mam to czego właśnie miałem zamiar dopiero poszukać - pawilon Biedronki. Uzupełniam zapasy. Wychodzę na zewnątrz. Szok, zaskoczenie. W ciągu kilkunastu minut spędzonych w sklepie zmienia się pora dnia. Zrobiło się zupełnie ciemno. Był dzień, jest środek nocy. Biegnę do roweru. Pakuję zakupy i chowam pod znajdującą się po przeciwnej stronie ulicy wiatą komunikacji miejskiej. Dopada mnie to czego uniknąłem jadąc przez las. Kilka minut wystarczyło i jestem porządnie przemoczony. Zakupy i posiłek pod wiatą zajmuje mi zaledwie pół godziny (20:15-20:47). W tym czasie mija 1,5 doby od startu.

36 godz.
czas jazdy 31:57, postoje 4:03, dystans 629 km, średnia 19,7 km/godz.


Można powiedzieć, że po raz kolejny mam trochę szczęścia. Burza przechodzi gdzieś obok zawadzając jedynie o teren na którym się zatrzymałem. Po kilkunastu minutach deszcz ustaje równie szybko jak się rozpoczął. Robi się cieplej, a wiatr całkowicie ustaje. Dalszy pobyt na skraju dużego miasta staje się bezpodstawny i bezsensowny. Jadąc dalej, przez cały czas zmniejszam dystans jaki będę musiał pokonać jutro, żeby dotrzeć do punktu żywnościowo-noclegowego w Sandomierzu, czyli celu jutrzejszej jazdy. Nie bez znaczenia jest fakt, że tylko podczas jazdy mam szansę "wysuszyć" nasączone wodą nogawki spodni.

Wraz z nadejściem kolejnej nocy szybkość jak i chęć do dalszej jazdy spada. Czas na wypatrywanie miejsca, w którym mógłbym spędzić kilka godzin aż do świtu. Trwa wypatrywanie w mijanych wioskach przystanku z wiatą, wreszcie wiaty w której znajdowałaby się ławka. Ważne ale nie najważniejsze jest by była drewniana i szeroka. Stara Rossocha jest jednocześnie kolejnym punktem kontrolnym. Szału nie ma, tak jak wszędzie jedynie wąska ławeczka. No dobrze jest też pewna zaleta, przy podrzędnej wioskowej drodze, nocą ruch samochodowy niemal zamiera. W tym miejscu spędzę ponad 5 godzin aż do świtu. Aktualne miejsce 13-14 na którym się przypuszczalnie znajduję, to będzie szczyt moich osiągnięć. [dystans 653 km, czas od startu 38:14, przerwa od godz. 22:49 do 4:08].

Pobudka o świcie. Od celu na dzisiejszy dzień dzieli mnie 270 km. Szkoda tracić czasu. Szybko ruszam w trasę. Biedronkową zapiekankę zjadam już podczas jazdy. Dopada mnie poranny kryzys. Jadę śpiący, czuję się głodny, trochę przymulony. Każde nawet najmniejsze wzniesienie staje się wyzwaniem, a przecież prawdziwe kieleckie podjazdy dopiero przede mną. Jadę znanymi drogami - malownicze "wiatrakowo" obok Rawy Mazowieckiej, Czerniewice, Spała. W pamięci zapada krótki ale treściwy przejazd leśnymi szutrami przed Opocznem. Szutry to może za dużo powiedziane. Na drodze leżą rozsypane grubo ciosane 5-7 cm kamienne bloki. Techniki pokonywania takich przeszkód jeszcze nie opanowałem.

Drugą dobę jazdy kończę przejeżdżając uliczkami Opoczna. Przez ostatnie 24 godzin pokonany dystans wzrasta zaledwie o 260 km osiągając wartość 721 km.

48 godz.
czas jazdy 37:46, postoje 10:14, dystans 721 km, prędkość 19,1 km/godz.



Trzecia doba (7-8 czerwca 2025 r.)

Kryzys powoli mija. Odzyskuję początkową moc. Mijam ostatnie znane miejscowości woj. łódzkiego Białaczów i Sobień. Przede mną woj. świętokrzyskie i największe wyzwanie (podjazdy) w środkowej części trasy. Mijam zalew w Sielpi. Gminy Smyków, Mniów. Najgorętsze południowe godziny dnia. Pojawiają się widoczne z daleka podjazdy. Nie ma że ciężko, nie ma że trudno. Założenie jest takie, że wszystkie szosowe przeszkody podjeżdżam nie zsiadając z roweru. Wypychy pozostawię na szutrowe odcinki trasy.

Jestem przekonany, że przynajmniej raz jechałem tą trasą. Podejrzewam Ultra Niespodziankę ale trasa tamtej wyrypy omijała Kielce, a więc i Smyków po przeciwnej wschodniej stronie. To musiał być inny maraton. Kolejne podjazdy: Gliniany Las, Skoki, Zaskale [768-778 km], Czas na odrobinę odpoczynku. Dino w Oblęgorku [785 km] jest ku temu najlepszym wyborem. Wypijam litr mojego ulubionego napoju - nektaru z czarnej porzeczki, uzupełniam bidony, coś zjadam, coś innego wrzucam do sakwy. 20 minut przerwy pozwala dojść do siebie.

Zbliżam się do Kielc. Trasa omija miasto od południowego-zachodu. Omija to zbyt dużo powiedziane. Na początek uliczkami i ścieżką rowerową wzdłuż ruchliwej arterii miasta. Później "nibyścieżką" na skraju osiedla domków jednorodzinnych i lasu. Dla mnie przejazd zrobiony tak na "odczep się" nic nie wnoszący do pokonywanej trasy. Nie "zwiedzamy" (tak jak na imprezach Leszka Pachulskiego) ciekawych miejsc, nie przejeżdżamy obok potrzebnych na tak długiej trasie sklepów. Jeden z najgorszych fragmentów trasy. Nie znam okolicy ale jeżeli miałbym coś w przebiegu ultramaratonu zmieniać to właśnie w tym miejscu.

Koniec atrakcji na dzisiaj? Minęła dopiero godzina 14, jeszcze wiele godzin i wiele kilometrów przede mną, więc jeszcze wszystko może się zdarzyć. Trochę spokojniejszego terenu, a każdy pokonany kilometr przybliża mnie do dzisiejszego celu, dużego punktu kontrolnego w Sandomierzu. Wkrótce licznik wskazuje przekroczenie 820 km trasy. Do celu pozostaje mniej niż 100 km. Jak każdego popołudnia od południowego-zachodu zaczynają pojawiać się ciemne chmury. Zawodnicy z którymi przez chwilę jadę twierdzą, że burza kieruje się w innym niż my kierunku i nie powinno być problemu.

Prognozy nie są precyzyjne i nie zawsze sprawdzają się. Kilkukrotnie pojawia się symboliczny opad, znika, znowu się pojawia zanim zdecyduję się na jakąkolwiek ochronę. Kiedy drobny deszczyk zmienia się w ulewę jest już za późno. Mocne "burzowe" podmuchy targają wyciągniętą dla ochrony folią. Chowam się pod nie dającym ochrony przed taką ulewą drzewem. Kilkanaście metrów dalej, po przeciwnej stronie drogi dostrzegam porządną betonową wiatę. Chociaż w ciągu kilku minut zostałem już mocno przemoczony, wiata chroni mnie przed najgorszym. Zakładam suchą koszulkę, przepłukane jeansy - podobnie jak dotychczas - wyschną podczas jazdy gdy tylko przestanie padać. Bębniący o metalowy dach wiaty deszcz uniemożliwia wykorzystanie chwili odpoczynku na rozmowę z rodziną. Po chwili dudnienie wzmaga się, obserwuję spadające na asfalt drobiny lodu.

Nawałnica kończy się równie szybko jak się rozpoczęła bo po niespełna 20 minutach. Prawdziwa burza przeszła o kilka, kilkanaście km z boku zawadzając "ogonem" miejsce w którym się zatrzymałem. Wiata w Ujnach [832 km, godz.15:41-15:59].

Kiedy zjeżdżam na kolejny gruntowy odcinek trasy moje oczy robią się coraz większe. Las przez który jadę zmienił kolor. Pod drzewami widać grubą białą warstwę gradowych kulek. Wśród nich znajdują się nieregularne lodowe grudki o wielkości nawet 2 cm. Kiedy jadę wąską leśną drogą czuję się jak między wypełnionymi mrożonkami lodówkami w supermarkecie. No może niezupełnie - tutaj jest zdecydowanie chłodniej.

Mówiąc, że miałem farta jadąc zbyt wolno i zatrzymując się o kilka kilometrów wcześniej to mało powiedziane. Po kilku minutach spędzonych w rachiitycznym lesie, bez możliwości schowania się byłbym całkowicie przemoczony i wyziębiony. W centrum burzy grad sypał się przez kilkadziesiąt minut. Opuszczam zmrożony las. Po burzy nie ma na niebie nawet najmniejszego śladu. Przez chmury nieśmiało przebija się słońce. Mokrą koszulkę rozwieszam na lemondce. Przed dojazdem do Sandomierza będzie zupełnie sucha.

Po kieleckich pagórkach pozostały jedynie wspomnienia. Teraz trasa prowadzi głównie dolinami rzek więc jest przyjemnie i płasko. Płasko ale i wyjątkowo nudno jest na ostatnim odcinku dojazdu do Sandomierza. Trasa prowadzi wałami okalającymi wpadającą do Wisly Koprzywiankę. Nuda zabija, przeciwny wiatr i zmęczenie całodzienną jazdą dają się mocno we znaki. Prędkość jazdy drastycznie spada i oscyluje w okolicach 15 km/godz. Dziesięciokilometrowy wał zdaje się nie mieć końca. Z utęsknieniem wypatruję widoku sandomierskich budowli. Na wałach mija 2,5 doby od startu.

60 godz.
czas jazdy 48:34, postoje 11:26, dystans 914 km, średnia 18,8 km/godz.


Docieram do Wisły. Planowałem tu być o wiele wcześniej. Powoli zapada zmrok. Uliczkami Sandomierza zmierzam do celu. Ooops! Teren prywatny. Cofam się by odnaleźć niewidoczny w zapadających ciemnościach początek wąskiego malowniczego wąwozu. Malowniczy to on jest na zdjęciach robionych za dnia. Mam pecha sesja zdjęciowa w wąwozie zakończyła się nieco wcześniej. Przede mną kilkaset metrów wypychu wąskim, mokrym, nieprzejezdnym wąwozem.

sandomierski wąwóz - w czasie dnia wyglšda uroczo


Wydostaje się na kolejną uliczkę miasteczka. Wkrótce z ulgą zauważam sklep Biedronki. Najważniejsza sprawa, która spędzała mi sen z powiek podczas dzisiejszej jazdy, to zapatrzenie się na jutrzejszą nie handlową niedzielę. Po opuszczeniu marketu spotykam rowerzystę. Jedziemy chwilę razem. Kiedy skręcam według widocznego śladu zatrzymuje mnie. Nieopatrznie minąłbym punkt żywnościowo-noclegowy nie zauważając go Kibic, uczestnik wcześniejszych edycji BBT, wspiera obsługę punktu.

Rozmowy ze znajdującymi się na punkcie zawodnikami i obsługą. Jedzenie. Kąpiel. Wreszcie spanie. Zatrzymałem się na 920 km trasy, do mety pozostało ponad 300 km. Nawet gdybym wstał i wyruszył wcześnie rano, takiego dystansu w pagórkowatym terenie na końcowym etapie ultramaratonu nie jestem w stanie zrobić w ciągu jednego dnia. Ponieważ nigdzie nie muszę się spieszyć w wygodnym łóżeczku będę spał "aż do bólu". Czas spędzony na punkcie przedłuża się do prawie 10 godzin. Odbieram przepak z czystymi ciuchami, batonami itp. Oddaję rzeczy które wydają się już zbędne. Sandomierz - postój od godz. 21:35 do godz. 7:14

W Sandomierzu etap "ścigania" kończy się, a zaczyna etap jazdy turystycznej. Cel na rozpoczynający się dzień to: dojechać jak najdalej, tak żeby na końcowy przejazd przez Bieszczady pozostawić jak najkrótszą trasę. Wkrótce po wyjeździe z miasta kończy się 3 doba od startu. W czasie mijającej doby pokonany dystans wzrasta o 226 km.

72 godz.
czas jazdy 50:32, postoje 21:27, dystans 947 km, prędkość 18,7 km/godz.



Czwarta doba (8-9 czerwca 2025 r.)

Z nowymi siłami mozolnie zdobywam kolejne dziesiątki kilometrów. Słońce mocno przygrzewa, a ja koło południa zatrzymuję się na posiłek, którego nie jestem w stanie zjeść w czasie jazdy. Co może jeść ultramaratończyk w czasie zawodów? Jeżeli nie walczy o najwyższe pozycje, nie ma większych przeciwskazań, Za mną od wczoraj chodzi, a ściślej od wczoraj ze mna jeździ śledzik - pojemnik śledzi w oleju z suszonymi pomidorami. W napotkanej koło południa wiacie nadszedł jego kres. Wystarczy tylko sporządzić z ułamanej gałązki widelec/wykałaczkę i delektować się smakiem. Cebulkę zjadam wygarniając ją z pojemnika.

Niehandlowa niedziela, a ja rozglądam się za lokalnym sklepikiem. Z oddali widzę otwarte drzwi. Zaglądam do środka i doznaję lekkiego szoku. Zamiast spodziewanego sklepu, ciemna speluna z kilkunastoma stolikami. Wycofuję się. Bezrobotna o tej porze właścicielka zagaduje mnie. Okazuje się, że w barze mogę zakupić butelkę brunatnego napoju pobudzający do życia i aktywności.

Czujny przejazd uliczkami Łańcuta. Rozglądam się za miejscem, w którym mógłbym się zatrzymać na posiłek. Nic interesującego nie zauważam, a tłumy nie zachęcają do postoju. W centrum macha do mnie jeden z siedzących w lodziarni rowerzystów. Myślę, że to jeden z uczestników maratonu. Mylę się to kibic, który startował już wcześniej w BBT. Postać wydaje się znajoma. On mnie rozpoznaje, ja jak zwykle mam z tym kłopoty. Chwila rozmowy i ruszam dalej [1038 km, godz. 14].

Kilkanaście kilometrów za Łańcutem pojawia się pierwszy poważny podjazd woj. podkarpackiego. Może nie jest szczególnie stromo ale ciągnie się prawie przez 2 km. Prosta droga więc nic nie zasłania widoku tego co trzeba pokonać [1049-1051km, godz. 14:49-15:06].

Godziny popołudniowe to każdego dnia czas kiedy zaczynają się pojawiać ciemne chmury. Tym razem też nie ma wyjątku. Dotychczasowe doświadczenia uczą, że nie ma co liczyć na to, że przejdą bokiem. A może jednak mylę się? Wspinam się na kolejnym podjeździe. Od dłuższego czasu jadę przez odludne leśne tereny. Ostry zjazd. Zaczyna kropić, padać. Wydaje się, że na to by gdzieś się schować nie ma szans. A jednak, jakieś zabudowania na zboczu wzniesienia. Wysoki dwuspadowy daszek nad wjazdem do posiadłości prowizorycznie chroni przed ulewą. [1061km, godz.15:37-15:57]. Niespełna 10 minut wystarczyłoby na to żebym znalazł się kilka kilometrów dalej i znalazł skutecznš ochronę przed deszczem. Nawalny obfity opad jak zwykle trwa krótko.

Skutki ulewy widać w mijanych wioskach. Woda przelewająca się przez drogi. Warstwa naniesionego z pól żółtawego gliniastego mułu. Grupki mieszkańców usuwają naniesioną ziemię z drogi i rowów. W innym miejscu to strażacy udrażniają rowy.

Chociaż wiatr przegania deszczowe chmury i ukazuje się słońce, radość nie trwa długo. Opuszczam dolinę i wspinam się na kolejne wzniesienie. Chmury w różnych odcieniach granatu suną szybko po niebie. Zaczyna mżyć, a po chwili opady nasilają się. Przytulna wiata na szczycie wzniesienia. Tylko firaneczek w oknach brakuje. Tracę nadzieję, wyciągam śpiwór by efektywnie wykorzystać czas postoju. Kolega z nr 574, który wkrótce dołącza do mnie ma więcej optymizmu. Wspierany internetowymi prognozami aktualnej sytuacji meteo twierdzi, że opady wkrótce miną. Czekamy blisko godzinę [rozrzucone zabudowania wsi Szopiska, godz. 16:59-17:51, 1072 km].

W końcu przestaje padać. Zabawy z pogodą czas dalszy. Bezdeszczowo udaje się przejechać niespełna 10 km. Zjeżdżamy na przedmieścia Dubiecka. Skąd wytrzasnąć na poczekaniu kolejną wiatę? Zatrzymujemy się pod niewielkim daszkiem. Później ryzykujemy wejście na posesję jakiejś firmy. Furtka otwarta. Właściciel poskąpił na dalsze zatrudnianie portiera więc pod dachem portierni znajdujemy chwilowe schronienie [Dubiecko godz. 18:13-18:20, 1080 km].

Co dalej? Podobno prognozy są optymistyczne. Kolejne opady mają pojawić się po godz. 20. Spacerek po kładce nad Sanem. Wszystko co dobre, czyli wznosząca się łagodnie asfaltowa droga w dolinie Sanu i jego dopływu wkrótce się kończy. Znaczy się asfalt w dalszym ciągu jest ale nasza trasa skręca w szutrową drogę i zalesione tereny Pogórza Przemyskiego. Wspinam się na grzbiet wzniesienia. Pomyślne zaskoczenie to prowadząca grzbietem wąska asfaltowa dróżka.

Zatrzymuję się na chwilę by sięgnąć do sakwy. Z przeciwnej strony nadbiega wsiowy kundel. Omija mnie szerokim łukiem ale po chwili jest tuż przy mnie. Nie jestem specjalnym fanem tych zwierząt, więc nie pozwalam sobie na poufałości. Wsiadam na rower, a zwierzak rusza ze mną. Nawet całkiem dobrze mu to idzie, wytrzymuje do 25 km/godz. Kiedy zjeżdżam szybciej zostaje z tyłu i mam wrażenie, że problem znika. Na kolejnym podjeździe znów jest obok mnie. Wyprzedza, zabiega drogę pokazując jaki z niego mocarz. Chociaż lekko dyszy z wywieszonym językiem nie poddaje się. Zjazdy, podjazdy, sytuacja ciągle powtarza się. Najgorzej jest gdy podbiega zbyt blisko i na podjeździe muszę użyć hamulców. Wreszcie ostatni wyjątkowo długi zjazd i problem znika bez zastosowania bardziej drastycznych metod.

W miejscowości Łodzinka Górna do której zjeżdżam, mija 3,5 doby od startu. Od Sandomierza gdzie rozpocząłem dzisiejszą jazdę pokonałem 190 km.

84 godz.
czas jazdy 60:26, postoje 23:34, dystans 1110 km, średnia 18,4 km/godz.



Ponownie zanurzam się w leśnych pagórkowatych, odludnych terenach. Jak długo jeszcze? Gdzie znajdę odpowiednie miejsce na chociażby krótką drzemkę? Po kolejnym leśnym etapie i zjeździe polną drogą z lekkim niepokojem rozglądam się za noclegiem. Porozrzucane w oddali obok drogi zabudowania. Przystanki bez dającej schronienie wiaty. Wreszcie Wojkowa, większa i chyba turystyczna miejscowość. Mijam kilka tabliczek z napisem BAR. Tu spotykam pierwszą od dłuższego czasu wiatę przystankową i ławkę.

Kratownica z drutu zamiast porządnej dechy. Dziwne w miejscu gdzie drewno jest najtańszym materiałem. Taka ławka może nie jest tym o czym marzyłem. Nie będę wybrzydzał. Jestem już znużony, a perspektywa kolejnych kilometrów i godzin spędzonych być może na odludziu zniechęca do dalszej jazdy. Wyciągam śpiwór. Większość zbędnych ciuchów oddałem na przepaku. Brakuje ich by podłożyć grubszą warstwę czegoś miękkiego pod głowę i pod biodro. To nie będzie wygodny i spokojny sen. Mimo tego spędzę tu prawie 7 godzin. [Wojkowa - 1128 km, postój od godz. 21:46 do 3:36].

Budzę się przed świtem. W tych warunkach i tak dłużej nie pośpię. Do mety pozostało niewiele ponad 100 km. Chociaż obiecałem sobie pokonywać wszelkie asfaltowe podjazdy nie zsiadając z roweru tym razem wymiękam. Na początku podjazdu pod grzbiet oddzielający mnie od Ropienki zsiadam z roweru. Czeka mnie 1,5 km spacerku. Nie jest to najbardziej stromy i najdłuższy podjazd. Po prostu znalazł się w nieodpowiednim czasie i w nieodpowiednim miejscu.

Wyjeżdżam na bardziej cywilizowane i turystyczne tereny w okolicy Jeziora Solińskiego. Mozolne ale asfaltowe podjazdy i to co wynagradza wysiłek, szybkie zjazdy. Czas by uzupełnić zapasy przed ostatnim gravelowym odcinkiem trasy. Mam zamiar zatrzymać się w najbardziej znanej turystycznej miejscowości w Polańczyku. Podczas szybkiego i przyjemnego zjazdu rezygnuję z tego pomysłu. Z niepokojem pokonuję kolejne kilometry wokół zalewu. Mijam kilka mniejszych miejscowości bez sklepów. Wreszcie oddycham z ulgą. Następna napotkana wioska jest już większa i mam do wyboru dwa całkiem duże markety Hitpol i Lewiatan. Po raz ostatni uzupełniam zapasy. Zjadam obfite śniadanie. [Bukowiec, 1177 km, godz. 7:22-7:38].

Wkrótce minie 4 doba od startu, a we mnie powoli kiełkuje "bzdurny" pomysł by na mecie pojawić się przed upływem 100 godzin. O ile w sklepach liczba 99 budzi moją irytację, to w wynikach rywalizacji (rywalizacja z samym sobą) będzie stanowić miły akcent. Uwzględniając nadrobione kilometry do mety pozostało ok. 55 km, a do upływu 100 godzin całe 5 godzin. Niby spory zapas, ale do końca nie będę pewny swojego małego sukcesu.

Zjeżdżam w dolinę Sanu. Po kilku kilometrach kończy się asfaltowa droga, a rozpoczyna najdłuższy i najtrudniejszy odcinek terenowej jazdy leśnymi beskidzkimi drogami. Jest poniedziałek, godzina 8:35. Minęły 4 doby (czyli 96 godzin) pobytu na trasie ultramaratonu. Przez ostatnią dobę przejechałem 242 km.

96 godz.
czas jazdy 65:50, postoje 30:10, dystans 1189 km, prędkość 18,1 km/godz.



Piąta doba (9 czerwca 2025 r.)

Żeby zwiększyć szansę na dotarcie do mety w ciągu najbliższych 4 godzin muszę jechać bez względu na ukształtowanie terenu bez zsiadania z roweru. Niezbyt przyjazne przełożenie (34x28) sprawia, że wszelkie podjazdy pokonuję siłowo często stając w pedałach. Znana droga wzdłuż doliny Sanu to mój najgorszy koszmar. Interwałowe podjazdy i zjazdy. Pomimo, że stan szutrowej nawierzchni wyraźnie się poprawił, szybkie kręte zjazdy nie należą do najprzyjemniejszych.

Na jednym ze zjazdów widzę dwa końskie zady. Co robią w tym miejscu konie? ... I dlaczego mają rogi??? Dwa potężne jelenie umykają ślizgając się na fragmentach asfaltu. Na jednym z podjazdów z rosnącej na poboczu drogi trawy wyglądają zaciekawione mordki lisków. Maluchy z zaciekawieniem obserwują mijającego je stwora. Po raz kolejny stwierdzam, że niedźwiedzie w Bieszczadach są przereklamowane. Wszyscy o nich słyszeli, niewielu widziało na własne oczy. O ich obecności świadczą jedynie spotykane od czas do czas odchody.

Opuszczam dolinę Sanu i mozolnie wspinam się na grzbiet Otrytu. Długi, ciężki podjazd i nadzieja, że dalej już będzie tylko lekko, łatwo i przyjemnie czyli ostatni zjazd do mety. Jadę w dół. Trzeba mocno uważać na poprzeczne progi, zakręty, zmieniającą się jakość podłoża. Wreszcie zjazd robi się bardziej łagodny. Można swobodnie puścić hamulce. Mijam opuszczoną szopę i retorty do wypalania drewna. Przyjemny zjazd i przerażenie kiedy spoglądam na ekran Garmina. Gdzie jest ślad trasy? Mozolny powrót do węglarnii i zakrętu drogi. Szczęśliwie powrót jest stosunkowo płaski ale do pokonanej trasy dodaje dodatkowe 3 km.

Radość z pokonania Otrytu trwa wyjątkowo krótko. Zamiast zjazdu w dolinę, trasa prowadzi drogą która trawersuje na pewnej wysokoœci grzbiet Otrytu. Teraz będę pokonywał kolejne opadające w dół grzbiety i parowy. Leśna droga na przemian pnie się stromo w górę, by po chwili równie stromo opadać w dół. Intensywnie użytkowana szutrówka w różnym stanie nie ułatwia jazdy. Interwałowy teren jest doskonały na to, by wykończyć psychicznie zmęczonego ultrasa. Szybkie zjazdy nie wynagradzają uciążliwych podjazdów. Ciągle muszę sobie powtarzać: ostrożnie, najważniejsze, żeby w całości dotrzeć do mety. Balansuję między chęcią szybkiego zjazdu a bezpieczeństwem.

Najsłabszym "elementem" mojego organizmu są nogi i kolana. Jedno z kolan naruszone podczas górskich wędrówek wystarcza zwykle na 100 km jazdy rowerem. Wzmocnione usztywniającą opaską musi wytrzymać (i wytrzymuje) cały 1200 km dystans. Ponieważ to nogi są moim ogranicznikiem, kolejne wzniesienia pokonuję nie męcząc się i nie dostając jak towarzyszący mi wczeœniej pies zadyszki.

Wreszcie jest to na co czekałem od kilku godzin. Szutrowy zjazd nie poprzedza kolejnego podjazdu. Zabudowania miejscowości Smolnik, asfalt i duża obwodnica bieszczadza. Beskidzki, gravelowy odcinek zajmuje mi nieco ponad 3 godziny. [dystans 35,8 km, czas jazdy 2:56, postoje 0:06, średnia 12,2 km/godz.]

Kiedy widzę drogowskaz - Ustrzyki Górne 14 km - i spoglądam na aktualną godzinę wiem, że mój mały cel zostanie osiągnięty. Wiatr jest moim sprzymierzeńcem. Pod koniec mogę nawet lekko zwolnić. Fragment ostatniej doby (niecałe 4 godziny) pokonuję niemal bez zatrzymywania. [dystans 52 km, czas jazdy 3:42, postoje 0:08, średnia 13,9 km/godz.]. Na mecie melduję się na 11 minut przed wyznaczonym sobie limitem czasu.

Ustrzyki Górne - ostatnie metry


META
dystans 1241, czas trasy 99 godzin 49 minut, w tym czas jazdy 69:31, czas postoju 30:18, średnia 17,9 km/godz.


Jaki procent nie asfaltowych dróg powinien mieć gravelowy ultramaraton? 70, 50, 30 ... Nigdy do tej pory się nad tym nie zastanawiałem. Ślad trasy zapisany na stronie RWGPS zaskakuje mnie pokazując, że na trasie BBGT gravelowych dróg jest jedynie 23%. [953 szosa 278 gravel]

Z przyjemnością wystartowałem i ukończyłem gravelową wersję maratonu Bałtyk-Bieszczady. Polecam ją wszystkim, szczególnie początkującym bikerom, chcącym pokonać pierwszą w życiu trasę 1000+. Sam na przyszłość wybiorę ciekawsze maratony z większą "zawartością" terenu.

W galowym stroju Imagis Tour z 2005 r. - medal całkiem współczesny



STATYSTYKI:


długość trasy 1233 km
dystans pokonany 1241 km
czas trasy 99 godz. 49 min.
czas jazdy 69 godz. 31 min.
postoje 30 godz. 18 min.
średnia prędkość 17,9 km/godz.
MIEJSCE 25
startujšcych 75
ukończyło 47

Dane po kolejnych odcinkach 12 godzinnych:
[czas od startu - dystans (czas jazdy/czas postoju) średnia prędkość]

12 godz. - 260 km (11:54/0:06) 21,8
24 godz. - 464 km (23:09/0:51) 20,1
36 godz. - 629 km (31:57/4:03) 29,7
48 godz. - 721 km (37:46/10:14) 19,1
60 godz. - 914 km (48:34/11:26) 18,8
72 godz. - 947 km (50:33/21:27) 18,7
84 godz. - 1110 km (60:26/23:34) 18,4
96 godz. - 1189 km (65:50/30:10) 18,1
99:49 godz -1241 km (69:31/30:18) 17,9

Dane na kolejnych odcinkach 12 godzinnych:
[czas - dystans (czas jazdy/czas postoju) średnia prędkość]

0-12 godz. - 260 km (11:54/0:06) 21,8
12-24 godz. - 204 km (12:13/0:45) 18,2
24-36 godz. - 165 km (8:48/3:12) 18,6
36-48 godz. - 92 km (5:49/6:11) 15,8
48-60 godz. - 193 km (10:48/1:12) 18,0
60-72 godz. - 33 km (1:59/10:01) 16,4
72-84 godz. - 163 km (9:53/2:07) 16,7
84-96 godz. - 79 km (5:24/6:36) 16,8
96-99:49 godz. 52 km (3:41/0:08) 13,9

Dane z kolejnych odcinków 100 km.
[dystans, czas (czas jazdy/czas postoju) średnia prędkość]

0-100 km, 4:12 (4:12/0) 23,8
100-200 km, 4:54 (4:50/0:04) 20,7
200-300 km, 5:14 (4:56/0:18) 20,3
300- 400 km 6:17 (5:51/0:26) 17,1
400-500 km, 5:37 (5:19/0:18) 18,8
500-600 km, 7:52 (5:16/2:37) 19,0
600-700 km, 12:18 (6:06/6:12) 16,3
700-800 km, 6:44 (5:44/1:00) 17,1
800-900 km, 5:56 (5:27/0:29) 18,3
900-1000 km, 15:53 (5:45/10:08) 17,4
1000-1100 km, 8:09 (6:11/1:58) 16,2
1100-1200 km,13:42 (7:01/6:41) 14,2
1200-1241 km, 2:56 (2,50/0,05) 16,2
99:49 godz -1241 km (69:31/30:18) 17,9 - META

Dane po kolejnych odcinkach 100 km
[dystans, czas (czas jazdy/czas postoju) średnia prędkość]

100 - 4:12 (4:12/0) - 23,8
200 - 9:06 (9:02/0:04) - 22,1
300 -14:19 (13:57/0:22) - 21,5
400 - 20:38 (19:50/0:48) - 20,2
500 - 26,13 (25:08/1:06) - 19,9
600 - 34:07 (30:24/3:43) - 19,7
700 - 46:26 (36:32/9:54) - 19,2
800 - 53:13 (42:17/10:56) - 18,9
900 - 59:07 (47:43/11:24) - 18,9
1000 - 75:00 (53:27/21:33) - 18,7
1100 - 83:11 (59:40/23:31) - 18,4
1200 - 96:46 (66:36/30:10) - 18:0
1241 (meta) - 99:49 (69:31/30:18) 17,9

Dystans i czas na kolejnych punktach kontrolnych

01. Stepnica 34 km - czas 1:20
02. Mieszewo 103 - 4:17
03. Stara Studnica 173 - 7:48
04. Strączno 223 - 10:08
05. Brodna 275 - 12:53
06. Nakło nad Notecią 340 - 16:38
07. Leszyce 387 - 20:03
08. DABROWA BISK. 437 - 22:42
09. Kowal 497 - 26:14
10. Pacyna 563 - 32:21
11. ŁOWICZ - 595 - 33:58
12. Stara Rossocha 649 - 38:14
13. Ostrów 700 - 48:13
14. Hucisko 775 - 51:40
15. Raków 848 - 56:26
16. SANDOMIERZ 920 - 60:58
17. Spiachy 972- 73;32
18. Łańcut 1037 - 77:42
19. Wąbrzerze 1080 - 81:55
20. Solina 1158 - 93:33
21. Meta 1233 - 99:49

Statystyki dzienne
[data, czas (czas jazdy/czas postoju) miejsce końcowe

5.06 319 - 15:25 (15:03/0:22) Osiek n. Notecią
6:06 334 - 24:00 (18:39/5:21) Stara Rossocha
7:06 270 - 24:00 (15:25/8:35) Sandomierz
8.06 206 - 24:00 (12:21/11:39) Wojtkowa
9.06 112 - 12:24 (7:57/4:27) Ustrzyki Górne

monitoringu zawodów (replay)

zapis trasy (rwgps)


Krzysztof Wiktorowski (wiki) nr 565
e-mail: wiki256@gmail.com

powrót